Mój pierwszy Creedmor – okiem nowicjusza

Jak człowiek wychodzi po raz pierwszy na oś gdzie tarcza wielkości fajnego kampera na 800 yardów jest mniejsza od pola czarnego tarczy TS-2 na 100 metrów to zaczyna się pytać „co ja tutaj robię ?”.

Nic to bierzemy byka za rogi i zaczynamy strzelać. Wyjadacze mają swoje zeszyty a w nich jakieś tajemnicze zapiski, cyfry, skróty … ale, ale coś zaczyna wyglądać znajomo, przecież ja też się przygotowałem ZS czy CH toż to nasz proch, te 100 czy 80 gr to naważka a 400 m/s to prędkość początkowa pocisku. Podobne zapiski mam i ja i do tego końcowe wartości w calach i setnych jego częściach to nastawy dioptera. Z czarnej magii wyłoniła się czysta matematyka, szybko obliczona przez STRELOKA czyli kalkulator balistyczny.

Pierwszy strzał i krótki odzew od najważniejszej osoby czyli spottera (obserwatora) „za blisko 200-300 m”. Tak strzelec strzela ale to obserwator mówi gdzie trafiasz a bez jego wskazówek na tej odległości sam strzelec jest ślepcem.

Dobra mamy informację, nie strzelam drugi raz od razu myślę ile podnieść diopter. Tak mam zapisane ile podnoszę w metrach na jedną setną cala mego dioptera, przeliczam i podchodzę do drugiego i kolejnych strzałów.

Wreszcie jest hasło spottera „w tarczy” i uśmiech, pierwszy raz trafiłem w życiu na tak daleko czyli  800 y. Gorzej wychodzi strzelanie na 900 y – nie trafiam ani razu ale mam przybliżone nastawy dobrze, żę to tylko trening. No i wreszcie 1000 yardów, diopter 3 calowy dawno się „skończył” strzelam ponad tarcze dobre 10 m i podobno trafiłem. Miraż w lunecie od słońca powietrze pływa a jak jest cień to na tarczach robi się buro i „odpływają” w dal wtedy nie widać miejsc trafień (dymków na skalistym podłożu).

Jadę z ekipą przesuwać tarcze, musi być nas sześciu by tą wielką płaszczyznę naraz przesunąć o te kolejne 100 y. Znalazłem swój pocisk, jeden z tych co spadł za blisko o ok. 300 m to, że mój to świadczą ślady charakterystycznego gwintu Henry’ego.

Po treningu i małego przyjęcia w gronie strzelców powrót do hotelu i myślenie „co jest nie tak ?”. Rozważam nowe naważki i tylko na szybkim prochu, sypię 77 gr ZS2. Potwierdziło się to w dniu zawodów. Strzelamy w kolejności odwrotnej czyli wpierw 1000 yardów i za każdym razem 15 strzałów. Na tej odległości trafiam chyba 3 razy, na 900 y zaliczam 5 trafień a na 800 yardów nie wiem bo spotter co chwila woła „nie widać”. Mam jedno trafienie potwierdzone ale czuję, że jest dobrze. Nie widać oznacza, że nic nie jest trafione z boku, z przodu czy za wysoko. Moja drużyna Irlandia na teh odległości przekracza 100 pkt przy czym mamy 10 czwórek. Najwięcej ich zaliczył Józek z 4 lub 5.

Ostatecznie zawody Creedmor 2018 wygrywa tradycyjnie drużyna Ameryki – gratulacje – z rewelacyjnym wynikiem o ile dobrze pamiętam 383 punktów przed Irlandią z 250 punktami. 

 

Osoby, które strzelały w danym zespole widać na zdjęciach ale ciekawe jest zestawienie sprzętowe.

Ameryka – High Wall, Roling Block, Sharps Saguaro x 2, Tryon (tylko jedna odprzodówka).

Irlandia – Hawken Match, Sharps Saguaro, a la Volunteer, Maynarda, Gibs, Roling Block (trzy odprzodówki).

P.S.

Były jeszcze dalsze strzelania niż 1000 yardów czyli Bili Dixon Cup to na aż 1500 yardów, to jest czarnoprochowy Mount Everest dalekiego strzelania. Tam rządzi wiatr i szczęście podparte bardzo dużymi umiejętnościami. Tym razem wygrał Czess  a najlepiej o skali trudności strzelania tych zawodów świadczą jego słowa, które mi powiedział:

„… strzelałem za blisko, skończył się diopter, skończyło się wzgórze i drzewa na nim i wciąż za blisko ale mam lufę oktagonalną i lewy dolny rant wycelowany w szczyt najwyższego drzewa to była moja linia celowania”. Tak celując czyli z pominięciem muszki trafił 6 razy w sylwetki Indian na koniach, które gołym okiem nie były widoczne a mrówka na końcu lufy przy nich wyglądała jak gigantyczny słoń. Do takiego strzelania naprawdę trzeba mieć odpowiedni karabin i duuuużą wiedzę.