Lorenz M1854 to jeden z tych karabinów, które każdy pasjonat czarnoprochówki zna z nazwy, a niewiele osób potrafi o nim powiedzieć coś więcej niż „austriacki kapiszonowiec”. A szkoda, bo to broń, która łączy w sobie trzy epoki: powstanie styczniowe, wojnę secesyjną i klęskę pod Königgrätz. Dziś zabierzemy Was w podróż w czasie — do wiedeńskiej manufaktury, polskiej lasu i pruskich okopów.
W 1854 roku cesarska armia austriacka przyjęła na uzbrojenie zupełnie nowy karabin piechoty. Konstruktorem broni był porucznik Josef Lorenz (1814–1879) — stąd nazwa, którą broń nosi do dziś. Wbrew pozorom nie była to jednak broń „z niczego”. Lorenz powstał w ramach systematycznej modernizacji uzbrojenia piechoty austriackiej: zastąpił starsze karabiny Augustin M1842 i inne wzory gładkolufowe, a jego lufa była już gwintowana.
Skąd wzięła się nazwa „Lorenz”?
Kaliber? 13,5 mm — to mniej więcej 13,5 mm, czyli około .54 w przeliczeniu na cale amerykańskie. Lufa miała cztery bruzdy prawoskrętne o bardzo dużym skoku gwintu: 1:80 cala wiedeńskiego (około 2,11 m). Taki skrok gwintu był typowy dla broni tamtej epoki — dawał stabilizację pocisku na dystansach taktycznych, ale nie był to gwint „sportowy” w dzisiejszym rozumieniu.
Budowa — solidna, ale z wadami
Lorenz to klasyczny kapiszonowiec: zamek kapiszonowy mocowany kontrblachą do osady, z tzw. „dużą płytą zamka”, będącą rozwinięciem zamka systemu Augustin M1842. Od 1862 roku zaczęto montować zamki z „małą płytą” — wyciągnięte z pistoletów M1858 — co nieco uprościło obsługę i poprawiło ergonomię.
Osada była wykonywana z drewna orzechowego lub bukowego, z przykładem policzkowym. Okucia żelazne, tłoczone. Bagnet? Tulejowy, kolny, z głownią czwórką — czyli taki, który pasował na lufę jak rękawiczka. Dla jegrów (strzelców górskich) przygotowano osobną wersję z bagnetem o głowni szablastej.
Co mówiły dane techniczne?
Długość broni (piechota): 1335 mm, z bagnetem 1815 mm; lufa 945 mm; masa 4,25 kg (z bagnetem 4,61 kg); naważka prochu 4,2 g (początkowo), potem 4,0 g; pocisk 30 g (później 29,1 g), długość 23 mm.
Wersje: piechotna (Infanterie Gewehr M1854 i M1862), jeckowska (Extra-Corps Gewehr) i sztucery jegrów (JagerStutzen, w dwóch wariantach: z „małym” celownikiem do 1000 kroków i z „dużym” do 1200 kroków).
Amunicja — od kompresji do Minié
Początkowo Lorenz strzelał pociskiem kompresyjnym Wilkinson-Lorenz M1854 — to był klasyczny pocisk cylindryczny, który trzeba było ubijać w lufie do pełnego przylegania. Problem? Ubijanie w pozycji leżącej pod ogniem wroga bywało kłopotliwe, a niedostateczny przyleganie = gorsza celność.
Od 1863 roku wprowadzono pocisk typu Minié Podewils-Lorenz M1863 — czyli pocisk z rozprzestrzenianym denkiem, który sam się „przylegał” do lufy po wystrzale. To była rewolucja: nie trzeba było ubijać pocisku, a celność znacząco wzrosła.
Lorenz w wojnie secesyjnej
Gdy w 1861 roku wybuchła wojna domowa w USA, obie strony gromadziły broń z zagranicy. Austriacki Lorenz trafił do Ameryki w dużych ilościach: Unia zakupiła około 225 000 sztuk, Konfederacja około 100 000. To było sporo — biorąc pod uwagę, że w sumie wyprodukowano około miliona Lorenzów.
Ciekawostka: żołnierze Unii często przerabiali lufy Lorenzów, tak aby pasowały do naboju kaliber .58 — standardowego dla Springfieldów. To pokazuje, jak bardzo broń ta była „amerykanizowana” w praktyce.
A w Polsce? Powstanie styczniowe
Lorenz był powszechnie używany przez powstańców styczniowych (1863/1864). Trafił do Polski z kilku źródeł: zakupy zagraniczne (Komisja Zagraniczna w Londynie zadatkowała 8 tysięcy karabinów, Marian Langiewicz zamówił 5 tysięcy sztuk „tańszej broni starego typu” w Genui), konfiskaty z austriackich magazynów i zdobycze z walk. W oddziałach powstańczych pojawiała się broń o różnym typie i kalibrze — austriackie Lorenze, zdobyczne karabiny rosyjskie, angielskie i francuskie.
Dla polskiego pasjonata czarnoprochówki to ważny wątek: Lorenz to jedna z tych broni, które można spotkać w polskich kolekcjach i na strzelnicach rekonstrukcyjnych.
Königgrätz 1866 — klęska, która zmieniła wszystko
Wojna austriacko-pruska (1866) była punktem zwrotnym. Prusacy walczyli z karabinami iglicowymi Dreyse — odtylcowymi, ładowanymi w pozycji leżącej. Austriacy? Mieli Lorenze — odprzodowe, ładowane tylko w pozycji stojącej. Efekt? Dużo większe straty austriackie, bo żołnierz z Lorenzem musiał wstać, żeby się przeładować — idealny cel dla pruskiego iglicowca.
Sztab austriacki uznał, że przestarzałe uzbrojenie było jedną z głównych przyczyn klęski. Szybkie rozwiązanie? Modernizacja Lorenzów — tak powstał karabin Wänzl M1866, przeróbka z zamkiem obrotowym na amunicję scaloną. Dłuższa perspektywa? Werndl M1867 — zupełnie nowy karabin odtylcowy.
Ciekawostka: kilkanaście tysięcy Lorenzów zdobytych przez Prusy w 1866 roku przekonstruowano do standardu karabinu iglicowego systemu Karla Augusta Luck z Suhl.
Czy Lorenz ma sens dla dzisiejszego strzelca CP?
Tak — z kilku powodów. Po pierwsze, to solidna, historyczna broń, która służyła w kilku wojnach. Po drugie, warianty kapiszonowe Lorenza (M1854, M1862) są dostępne na rynku antykwarycznym i wśród specjalistów. Po trzecie, to świetny wybór na rekonstrukcję — zarówno austriacką, jak i polską (powstanie styczniowe).
Uwaga: jeśli planujecie zakup, zwróćcie uwagę na stan komory nabojowej i zamka — Lorenzy mają już ponad 170 lat, a stal z tamtego okresu potrafi zaskoczyć.
Podsumowanie
Lorenz M1854 to nie jest „po prostu karabin”. To broń, która przetrwała trzy epoki: od modernizacji armii austriackiej, przez wojnę secesyjną i powstanie styczniowe, po klęskę pod Königgrätz. Dla pasjonata czarnoprochówki to must-have w kolekcji — szczególnie jeśli interesuje Was historia wojsk austriackich lub polskich.
A Wy — macie w kolekcji Lorenza, albo planujecie zakup? Napiszcie w komentarzach. A jeśli jeszcze nie byliście na strzelnicy CP — to dobry moment, żeby to nadrobić.

