Ta sama broń? Uzbrojenie strzeleckie powstania styczniowego (1863–1864) a arsenały wojny secesyjnej (1861–1865)

Czy powstańcy styczniowi strzelali z tych samych karabinów co żołnierze spod Gettysburga? Częściowo tak — i to dosłownie. Enfield P1853 i austriacki Lorenz wz. 1854 stały po obu stronach Atlantyku.

Ta sama broń? Uzbrojenie strzeleckie powstania styczniowego (1863–1864) a arsenały wojny secesyjnej (1861–1865)

Abstract. Powstanie styczniowe i wojna secesyjna rozgrywały się w tym samym czasie, na tym samym etapie rewolucji technicznej w broni strzeleckiej i przy udziale tych samych europejskich pośredników handlowych. Niniejszy artykuł odpowiada na pytanie, czy powstańcy używali tej samej broni palnej co strony amerykańskiego konfliktu. Odpowiedź jest dwuczłonowa: w warstwie typu i modelu — tak, miejscami dosłownie; w warstwie arsenału jako całości — nie, ponieważ wojna secesyjna była wojną przemysłową z odtylcowcami, nabojem scalonym i bronią powtarzalną, a powstanie — wojną partyzancką, w której najliczniejszym „karabinem” była strzelba myśliwska, a nierzadko kosa.

1. Odpowiedź w skrócie

Gdyby zadać to pytanie w formie najprostszej — „czy powstaniec z 1863 r. i żołnierz spod Gettysburga mieli w rękach to samo?” — poprawna odpowiedź brzmi: często tak, ale z zupełnie innych powodów, niż sugeruje intuicja. Nie dlatego, że istniał jakiś wspólny „standard epoki”, lecz dlatego, że oba konflikty były obsługiwane przez ten sam europejski rynek nadwyżek zbrojeniowych, w tym samym momencie, gdy karabin kapiszonowy z gwintowaną lufą osiągnął szczyt swoich możliwości, a odtylcowa rewolucja dopiero się rozpoczynała.

Konkretnie:

  1. Wspólna technologia. Podstawą obu arsenałów był odprzodowy karabin kapiszonowy z lufą gwintowaną, strzelający pociskiem ekspansyjnym (system Minié) lub kompresyjnym (system Wilkinson–Lorenz). Ten sam zestaw wynalazków — kapiszon, gwint, nowa amunicja — zwielokrotnił skuteczność ognia piechoty w obu armiach i w obu teatrach wojny [1].
  2. Wspólne modele. Brytyjski Enfield Pattern 1853 kal. .577 był drugim najpowszechniej używanym karabinem piechoty wojny secesyjnej [6] i równocześnie pozycją, którą powstaniec opisywał jako „belgijczyk” lub „sztuciec” [1]. Austriacki Lorenz wz. 1854/1862 — trzeci najpopularniejszy karabin wojny secesyjnej, oceniany na ok. 300 tys. importowanych egzemplarzy [11] — jest bardzo prawdopodobnie tym, co w pamiętnikach powstańców figuruje jako „karabin belgijski” [1].
  3. Wspólny rynek. Belgijskie Liège, Londyn, Genua, Wiedeń, Hamburg — te same miasta, ci sami producenci, czasem ci sami pośrednicy zaopatrywali Komisję Broni Rządu Narodowego i agentów konfederackich. Liège sprzedawało w latach 1861–1864 jednocześnie Południu i Polakom, a skala amerykańska windowała ceny i absorbowała najlepszy towar [1][2].
  4. Różnica jakościowa. Stany Zjednoczone i Skonfederowane Stany miały jednak to, czego powstanie nie miało i mieć nie mogło: przemysł, kolej, telegraf, fabryki broni, odtylcowce, broń powtarzalną i nabój scalony. Spencer — pierwszy wojskowy karabin powtarzalny na nabój metalowy — powstawał w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy i pozwalał wystrzelić ok. 20 celowanych strzałów na minutę [9]. W powstaniu najbliższym odpowiednikiem tego doświadczenia był jeden szesnastostrzałowy karabin Henry’ego, w rękach hrabiego Jana Działyńskiego pod Ignacewem [1].
  5. Różnica ilościowa i strukturalna. Jesienią 1863 r. w Królestwie pod bronią stało ok. 14 tys. powstańców, z czego 7,6 tys. strzelców, 1,6 tys. kosynierów i 4,5 tys. jazdy [12]. Wiosną tego roku ok. 28–29 tys. ludzi, ale tylko ok. 30% z nich miało jakąkolwiek broń palną, przeważnie myśliwską [12]. To nie jest armia secesyjna.

Innymi słowy: to była ta sama generacja broni, ale nie ta sama wojna.

2. Co właściwie znaczy „ta sama broń”?

Zanim padnie porównanie modeli, trzeba ustalić jednostkę porównania. Broń strzelecka połowy XIX w. nie dzieli się na „karabiny” i „pistolety”, lecz na kilka nakładających się na siebie warstw: sposób ładowania (odprzodowa/odtylcowa), sposób zapłonu (skałkowy/kapiszonowy/iglicowy), przewód lufy (gładki/gwintowany), amunicja (kula/ pocisk ekspansyjny/nabój scalony) i mechanizm (jednostrzałowy/powtarzalny). Dwa karabiny mogą wyglądać identycznie, a należeć do dwóch różnych epok technicznych.

2.1. Kapiszon i zamek kapiszonowy

Punktem wyjścia jest kapiszon — miedziana miseczka wypełniona piorunianem rtęci — oraz praktyczny zamek przystosowany do jego użycia. W stosunku do skałkówki rosła szybkostrzelność i, co ważniejsze, niezawodność: nie trzeba było podsypywać panewki prochem, a piorunian praktycznie eliminował niewypały [1]. Na przełomie lat 30. i 40. XIX w. wszystkie nowoczesne armie rozpoczęły gigantyczne przezbrajanie. Zrazu przerabiano skałkówki na kapiszonowce — i to jest ważny trop dla Polski, gdzie takie właśnie przeróbki, dokonywane przez wiejskich ruszników, stanowiły istotną część „arsenału” powstańczego — szybko jednak ruszyła produkcja całkiem nowych wzorów [1].

2.2. Gwint i problem ładowania

Zalety lufy bruzdowanej znano od dawna. Kłopot był banalny i zabójczy zarazem: przy ładowaniu od przodu kulę trzeba było wbić w przewód lufy tak, by ciasno weszła w gwint. To wymagało czasu, siły i stempla, więc sztucerów używano oszczędnie, w elitarnych formacjach strzelców [1]. Rozwiązaniem okazał się pocisk o kalibrze mniejszym od wewnętrznej średnicy lufy, który po włożeniu wpasowywano w gwint uderzeniami stempla — opierał się wtedy na ściankach komory nabojowej, węższej niż przewód lufy, albo na specjalnym trzpieniu. Zwieńczeniem tych prac było przyjęcie w większości armii w latach 50. broni dostosowanej do pocisków ekspansywnych (system Minié) lub kompresyjnych (system Wilkinson–Lorenz), niewymagających dobijania stemplem [1].

2.3. Dwie szkoły amunicji

Różnica między nimi jest techniczna, ale ma bezpośrednie konsekwencje dla pytania o „tę samą broń”.

W systemie Minié pocisk walcowato-stożkowy ma wydatne wgłębienie w dennej części; w momencie strzału ścianki pęcznieją i wchodzą w gwint. W systemie kompresyjnym pocisk nie ma wgłębienia, natomiast ma dookolne głębokie bruzdy, które pod ciśnieniem gazów prochowych ściskają i skracają pocisk, wciskając go w bruzdy lufy [1]. Pierwszy system kojarzy się z Enfieldem i Springfieldem, drugi — z Lorenzem. Konsekwencja praktyczna: karabin na pociski Minié i karabin na pociski kompresyjne tego samego kalibru nie są wymienne amunicyjnie, nawet gdy średnice luf są zbliżone. A powstańcza amunicja była dobierana „na oko”, o czym jeszcze będzie mowa.

2.4. Wojna krymska jako poligon

Nowa broń przeszła chrzest bojowy w wojnie krymskiej (1853–1856). Żołnierze francuscy, a zwłaszcza angielscy, mieli w większości karabiny gwintowane lub gładkolufowe z udoskonaloną amunicją; Rosjanie natomiast dysponowali bronią gładkolufową — tylko w batalionach strzelców i częściowo w pułkach jegierskich znajdowało się trochę sztucerów. Sprzymierzeni mogli więc razić zwarte kolumny carskich sołdatów celnym ogniem z bezpiecznej dla siebie odległości, nawet do 1000 m, podczas gdy skuteczny strzał z karabinów gładkolufowych nie przekraczał 200 m [1].

Skutek był podwójny i dla Polski brzemienny. Po pierwsze, Rosja poniosła prestiżową porażkę i w ciągu kilku lat uzbroiła większość pułków liniowych w nowoczesną broń gwintowaną, porównywalną z konstrukcjami zachodnioeuropejskimi — karabiny wz. 1856/58 kal. 15,2 mm strzelające pociskami Minié [1]. Po drugie, w Europie powstał ogromny zasób przestarzałej, ale sprawnej broni, którą wyparto z magazynów. Ten zasób trafił na rynek — i na tym rynku pojawili się zarówno Amerykanie, jak i Polacy.

To jest właśnie ów wspólny mianownik: nie „ten sam karabin”, lecz ta sama fala przezbrojenia, która wyrzuciła na rynek miliony sztuk broni o zbliżonych parametrach i uczyniła z Europy wielki „market” uzbrojenia.

3. Arsenał wojny secesyjnej: przemysł, import, powtarzalność

Wojna secesyjna jest dla naszego pytania punktem odniesienia nie dlatego, że była „nowoczesna”, ale dlatego, że pokazuje, co się dzieje, gdy rewolucja strzelecka spotyka przemysł. To rozróżnienie jest kluczowe: technologicznie oba konflikty są sobie bliskie, industrialnie — dzieli je przepaść.

Ryc. 1. Jeńcy konfederaccy pod Gettysburgiem, lipiec 1863

Ryc. 1. Trzej jeńcy konfederaccy pod Gettysburgiem, lipiec 1863. Fotografia z epoki — wojna, w której obie strony miały dostęp do europejskiego rynku broni. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

3.1. Springfield Model 1861: wzorzec Północy

Podstawowym karabinem piechoty Unii był Springfield Model 1861 — odprzodowy karabin gwintowany kal. .58, z lufą o długości 41 cali (ok. 100 cm) i masie całkowitej ok. 9 funtów (4,1 kg), strzelający kulą Minié [8]. Jego celownik — proste, odchylane listwy — był mniej precyzyjny niż drabinkowy celownik Enfielda, ale za to tańszy w produkcji i bardziej odporny na zniszczenie w polu [8]. To doskonały przykład amerykańskiego pragmatyzmu zbrojeniowego: nie najlepsza broń, lecz broń, którą można wyprodukować w setkach tysięcy egzemplarzy w kraju, bez zależności od importu.

Ryc. 2. Springfield Model 1861

Ryc. 2. Springfield Model 1861 kal. .58 — podstawowy karabin piechoty Unii, produkowany seryjnie w kraju. Zbiory Smithsonian Institution. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

3.2. Enfield Pattern 1853: karabin dwóch wojen

Brytyjski Enfield Pattern 1853 to karabin gwintowany kal. .577, na pociski typu Minié, z lufą 39 cali (99 cm), trzema bruzdami i skrętem gwintu 1:78, mocowaną do łoża trzema metalowymi opaskami — stąd potoczna nazwa „three band” [6]. Ładunek prochowy wynosił 2½ drachmy, czyli 68 granów (4,4 g), a pocisk to typowo 530-granowy (34 g) Boxer/Pritchett [6].

W wojnie secesyjnej był drugim najpowszechniej używanym karabinem piechoty, ustępując tylko Springfieldowi Model 1861 [6]. Badania brytyjskich oficerów nad uzbrojeniem konfederackich sił zachodnich pokazują dynamikę przezbrojenia: na początku wojny blisko 70% żołnierzy miało broń gładkolufową, np. Model 1842 Springfield, a w późniejszym badaniu ponad 75% miało już karabin, głównie Pattern 1853 Enfield [6].

Skala importu robi wrażenie: blisko milion egzemplarzy karabinów typu Enfield sprowadziły obie strony, co czyni je drugą najliczniejszą rodziną broni długiej tej wojny; same tylko brytyjskie P53 w rękach wojsk konfederackich ocenia się na blisko 300 tys. sztuk [10]. To liczby, o których w Polsce 1863 r. można było tylko czytać w gazetach.

Ryc. 3. Enfield Pattern 1853

Ryc. 3. Enfield Pattern 1853 kal. .577 — drugi najliczniejszy karabin wojny secesyjnej i równocześnie pozycja z polskich dokumentów zakupowych. Zbiory Smithsonian Institution. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

3.3. Lorenz: austriacki trzeci gracz

Austriacki Lorenz wz. 1854, ulepszony w wz. 1862, to także odprzodowy karabin kapiszonowy, konstrukcyjnie bliski Enfieldowi i Springfieldowi [7]. Kaliber lufy .5473 (ok. 13,9 mm) — nieco mniejszy niż .577 Enfielda i .58 Springfielda [7]. Zamek oparty na komorze z trzpieniem (tige) był bardziej podatny na zanieczyszczenie i trudniejszy w czyszczeniu niż systemy Minié, wymagał też od żołnierza konkretnego rytuału ładowania [7].

W wojnie secesyjnej Lorenz był trzecim najpowszechniej używanym karabinem, a szacunki mówią o ok. 300 tys. importowanych egzemplarzy [11]. Armia Unii kupowała go masowo i kazała rozwiercać lufy do .58, by strzelał standardową amunicją Springfielda; niektóre wczesne transporty konfederackie rozwiercano w Belgii do .57, żeby pasowały do amunicji brytyjskiej. Mimo tych przeróbek, w obu armiach najczęściej używano oryginalnego kalibru .54 [7]. To szczegół, który powie nam coś ważnego o „belgijczykach” z Polski: rozwiercanie luf w Belgii było w tym okresie zwyczajną praktyką handlową, a nie polską osobliwością.

Ryc. 4. Lorenz wz. 1854

Ryc. 4. Lorenz wz. 1854 kal. .547 — austriacki karabin, który w wojnie secesyjnej był trzeci pod względem liczby importowanych sztuk, a w powstaniu najprawdopodobniej krył się pod nazwą „belgijczyk”. Zbiory Smithsonian Institution. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

3.4. Rewolwery

Rewolwer był w obu konfliktach przedmiotem pożądania, ale z różnych przyczyn. W armiach amerykańskich był bronią uzupełniającą, masowo produkowaną: Colt Model 1851 Navy osiągnął ok. 215 tys. egzemplarzy produkcji krajowej i ok. 42 tys. w londyńskiej filii Colta [13]. W oddziałach powstańczych był bronią prestiżową, niemal oficerską: instrukcja z lipca 1863 r. przewidywała na batalion 676 ludzi zaledwie 27 rewolwerów i 7 pistoletów, przy 232 sztucerach [1]. Inna skala, inna funkcja.

Ryc. 5. Spencer Carbine Mod. 1865

Ryc. 5. Spencer Carbine Mod. 1865 kal. .50 — broń powtarzalna na nabój scalony, produkowana w ponad 200 tys. egzemplarzy. W powstaniu styczniowym czegoś takiego praktycznie nie było. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

3.5. Skok jakościowy: odtylcowce, naboje scalone, powtarzalność

I tu jest granica, której przekroczyć nie mogło powstanie. Wojna secesyjna to nie tylko masowy odprzodowy karabin gwintowany, lecz także:

  • broń odtylcowa z zamkiem iglicowym lub dźwigniowym (Dreyse, Sharps, Burnside, Maynard);
  • nabój scalony z łuską metalową, który eliminuje cały rytuał ładowania i czyni strzał niezależnym od pogody i pośpiechu;
  • broń powtarzalna: Spencer, pierwszy wojskowy karabin powtarzalny na nabój metalowy, wyprodukowany w ponad 200 tys. egzemplarzy, z zamkiem dźwigniowym i magazynkiem; z szybkoładowaczem Blakeslee pozwalał na ok. 20 celowanych strzałów na minutę [9]; karabin Henry’ego, protoplasta winchestera, z rurowym magazynkiem pod lufą;
  • przemysł zbrojeniowy, kolej i telegraf, które pozwalały te wynalazki dowieźć, naprawić i zaopatrzyć w amunicję.

Powstanie styczniowe miało z tego katalogu dokładnie dwie pozycje: pojedyncze sztuki broni odtylcowej (pruski Dreyse) i pojedyncze sztuki broni powtarzalnej (Henry). Reszta była technologią odprzodową, kapiszonową i jednostrzałową — czyli tą samą, którą w Ameryce uznawano już za schyłkową.

Tu też trzeba od razu powiedzieć rzecz, która w polskiej publicystyce bywa mieszana: wojna secesyjna nie była „wojną nowoczesną” w sensie powszechnej broni odtylcowej. Przez większość wojny obie armie strzelały z odprzodowych gwintowanych karabinów kapiszonowych. Nowoczesność była wąskim strumieniem — kawaleria i piechota konna Unii, wybrane pułki, snajperzy. Ale ten wąski strumień istniał, rozwijał się i był produkowany fabrycznie. W Polsce nie istniał wcale.

4. Punkt startowy: „Poszli nasi w bój bez broni…”

22 stycznia 1863 r. do walki wystąpiło 5–7 tys. powstańców uzbrojonych w kilkaset sztuk broni palnej, w większości myśliwskiej [1]. To zdanie z artykułu Michała Mackiewicza jest najlepszym możliwym punktem wyjścia, bo zawiera trzy informacje naraz: o liczebności, o materiale i o proporcji. Kilkaset sztuk na kilka tysięcy ludzi oznacza, że broń palna była dobrem reglamentowanym, a nie standardem wyposażenia.

Dlaczego tak się stało? Odpowiedź nie jest romantyczna, lecz administracyjna. Ostatnia polska armia, regularna i dobrze uzbrojona, przestała istnieć w 1831 r. W kraju nie było przemysłu zbrojeniowego, brakowało doświadczonych kadr, a co za tym idzie — nie rozwijano nowoczesnej myśli wojskowej. Zbrojeniowa rewolucja odbyła się poza Polską, a na terenie zaboru rosyjskiego nowoczesnej broni nie było, nie licząc tej w arsenałach i rękach rosyjskich żołnierzy [1].

Co więcej, władze carskie aktywnie dbały o to, by „krnąbrni poddani” byli zdemilitaryzowani. W 1861 r. skonfiskowano około 7 tys. sztuk broni palnej [1]. Konspiracyjna produkcja krajowa mogła dostarczyć jedynie kos i pik, bo wytwarzanie broni strzeleckiej było procesem zbyt skomplikowanym, materiałochłonnym i wymagało profesjonalnych rzemieślników [1].

4.1. Mit i rzeczywistość kosy

Kosy zasługują na osobnym akapit, bo w wyobraźni zbiorowej funkcjonują jako symbol, a w źródłach jako problem taktyczny. Mackiewicz jest tu bezlitosny: choć niektórzy dowódcy i teoretycy wojskowi — zwłaszcza Ludwik Mierosławski — przywiązywali do broni drzewcowej wielką wagę, okazało się, że kosy miały iluzoryczną wartość bojową, a atak z ich udziałem kończył się najczęściej masakrą, m.in. pod Węgrowem. Nawet w epoce broni skałkowej sukcesy kosynierów zdarzały się incydentalnie, a częściej okazywali się bezsilni wobec ognia piechoty (Szczekociny, Maciejowice). Cóż dopiero w epoce karabinów gwintowanych [1].

Dane strukturalne potwierdzają ten obraz. W pierwszej fazie powstania formacje kosynierskie stanowiły przeważającą część lub zdecydowaną większość polskiej piechoty — w niektórych oddziałach nawet 75–80% [12]. Narodowe Centrum Kultury podaje podobną proporcję: chłopi uzbrojeni w kosy, piki, a nawet halabardy stanowili w oddziałach nawet 80% składu [3]. To nie była armia z karabinami i dodatkiem kos; to była armia z kosami i dodatkiem karabinów.

Ryc. 6. Błogosławieństwo kosynierów

Ryc. 6. Błogosławieństwo kosynierów — ilustracja z 1910 r., nie fotografia z pola bitwy. Kosy osadzone na sztorc, krzyż i sztandar: ikonografia powstania bardziej niż jego taktyka. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

4.2. Broń myśliwska jako broń wojenna

Najbardziej dostępnym uzbrojeniem okazała się broń myśliwska. Sztucery, dubeltówki i wszelkiego rodzaju strzelby stanowiły większą część powstańczego uzbrojenia — i najczęściej posiadali je oficerowie, którzy jako szlachta dysponowali właśnie bronią myśliwską [3]. Muzeum Arsenał ujmuje to jeszcze dobitniej: w chwili wybuchu walk dysponowano praktycznie tylko cywilną bronią myśliwską — kapiszonowymi sztucerami i dubeltówkami — oraz zwyczajowo posiadanymi przez szlachtę szablami [4].

Zasięg i charakter tej broni były fatalne w porównaniu z wojskową. Typowa palna broń myśliwska, szczególnie śrutowa lub małokalibrowa, miała niewielki zasięg skuteczny, co wymuszało podchodzenie do przeciwnika na niewielką odległość lub walkę z zasadzki [4]. F. L. von Erlach, szwajcarski oficer obserwujący polskie oddziały, opisał tę mozaikę bezlitośnie:

Broni myśliwskiej używano wszelkiego rodzaju i kalibru, począwszy od takiej, z którą poluje się kulami na wilki i dziki, aż do takiej, z której strzela się do wróbli. Przeważnie były to dubeltówki, niektóre z zepsutymi zamkami albo bez stempli, a więc całkiem bezużyteczne, niesione tylko w nadziei naprawy. Na te dubeltówki nasadzano czasem bagnety sieczne, z grubsza tylko obrobione, ale nadające się nienajgorzej do użycia, chociaż z drugiej strony przeszkadzały one trochę w celowaniu [1].

To obraz kluczowy dla całego porównania: powstańcza „broń palna” to w dużej mierze broń cywilna z dorobionym bagnetem. Na zdjęciach z epoki takie myśliwskie egzemplarze z dopasowanymi bagnetami są doskonale widoczne, co stanowi dodatkowy argument, że fotografie nie przedstawiają broni „z atelier”, lecz broń własną powstańców [1].

4.3. Podlasie jako studium przypadku

Dobrym mikrokosmosem jest Podlasie. W chwili wybuchu powstania podlaskie dysponowało ok. 4 tys. sprzysiężonych, którzy mogli dysponować jedynie sześciuset kilkudziesięcioma strzelbami myśliwskimi i pewną ilością broni krótkiej [5]. Proporcja: ok. 15% ludzi z jakąkolwiek bronią palną. Nie brakuje przy tym smaczków: Franciszek d’Abancourt walczył w Lubelskiem z kapiszonową dubeltówką z dorobionym bagnetem tulejowym [5]. To nie jest wyjątek — to norma.

4.4. Plany zdobycia arsenałów

Potrzebę zdobycia broni palnej dostrzegano i planowano ją z rozmachem. Miano ją zdobyć w rosyjskich twierdzach; tylko w Modlinie znajdowało się blisko 75 tys. karabinów i 9 mln ładunków [1]. Taka ilość z pewnością zmieniłaby oblicze polskich oddziałów, choć przewagi technologicznej Rosjan nie udałoby się zniwelować — niemal wszystkie karabiny złożone w rezerwie mobilizacyjnej były gładkolufowe [1]. Tak czy inaczej, pomysł opanowania Modlina i Cytadeli Warszawskiej spalił na panewce wskutek wykrycia przez władze carskie polskich zamiarów i rozbicia organizacji spiskowej [1].

Marian Langiewicz, przybywając do Polski, „musiał sobie zadać gwałt, żeby nie wybuchnąć śmiechem”, gdy dowiedział się, jakich zdobyczy spodziewali się Polacy na pobitych Rosjanach [3]. Jego własna diagnoza województwa sandomierskiego była równie gorzka: wydawało mu się, jakoby powstanie miało być kilkugodzinnym polowaniem [1].

Ryc. 7. Marian Langiewicz

Ryc. 7. Marian Langiewicz, 1863. Fotografia Jana Nepomucena Seyfrieda. Langiewicz kupował karabiny we Włoszech i — jak sam przyznawał — spodziewał się, że powstanie będzie „kilkugodzinnym polowaniem”. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

5. Zakupy i przemyt: europejski market i polska logistyka

Dopiero w trakcie walk na teren zaboru rosyjskiego napływać zaczęły dostawy broni palnej z zagranicy, co wpłynęło na zmianę struktury partyzanckiego wojska — więcej było strzelców niż kosynierów — i pozwoliło kontynuować walkę aż do wiosny 1864 r. [1].

Ryc. 8. Bitwa pod Miechowem

Ryc. 8. Bitwa pod Miechowem, 17 lutego 1863 — rycina Walerego Eljasza-Radzikowskiego. Epizod z okresu, gdy broń dopiero napływała, a oddziały były uzbrojone nierówno. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

5.1. Skala: ile właściwie kupiono

Tu zaczyna się problem, który sam w sobie jest ciekawym przyczynkiem do historii liczb. Mamy trzy różne rzędy wielkości:

  • ok. 80 tys. sztuk — szacunek ogólny Mackiewicza, przy zastrzeżeniu, że nie wiadomo, ile z tego dotarło do rąk powstańców [1];
  • ok. 70 tys. sztuk — ustalenie Janusza Wojtasika, przywołane w artykule o zakupach w Liège [2];
  • 200 tys. karabinów, z których „tylko co dziesiąty dotarł do powstańców” — wersja popularnonaukowa NCK [3].

Te liczby nie muszą się wykluczać, jeśli rozdzielimy zakupy, wysyłki i dostawy. NCK mówi o zakupach i o tym, że dotarł co dziesiąty — czyli efektywnie ok. 20 tys. sztuk w rękach. Wojtasik i Mackiewicz mówią o ok. 70–80 tys. zakupionych. Wersja NCK jest najbardziej pesymistyczna, ale też najbardziej zgodna z tym, co wiemy o stratach transportowych.

5.2. Liège: fabryka i komisja

Najlepiej udokumentowanym ośrodkiem jest belgijskie Liège. Aleksander Guttry, dyrektor komisji w Poznaniu, uciekł właśnie tam — do jednego z głównych ośrodków przemysłowych XIX-wiecznej Europy Zachodniej [2]. W sumie komisja zakupiła około 16 tys. sztuk broni za mniej więcej 700–800 tys. franków belgijskich [2]. Według jednego z raportów firma przetestowała i zatwierdziła do użytku 49 807 sztuk broni, a rozliczenia wymieniają m.in. 13 043 karabinów, 5025 karabinów Enfield, 1639 pistoletów i 1500 sztuk broni białej; inny, być może końcowy raport odnotowuje 7034 karabiny francuskie (4083 nowe i 2951 zmodyfikowanych) obok 6935 Enfieldów i 1600 pistoletów [2].

W świetle ostatniego raportu komisja broni kupiła 15 591 sztuk broni palnej na potrzeby powstania. Ta liczba mniej więcej zgadza się z ustaleniami Wojtasika, że w Liège zakupiono pomiędzy 18 a 19 tys. sztuk — około ¼ całej broni, którą powstańcy kupili za granicą [2].

5.3. Cena, jakość, proces

Szczegół, który mówi o realiach więcej niż niejedna statystyka: Guttry, Demontowicz i Godebski zawarli umowę z producentem Tambeurem na zakup 5000 Enfieldów po 30 franków za sztukę. Guttry odmówił przyjęcia dostawy z uwagi na jej stan, ale producent wytoczył proces i ostatecznie komisja broni musiała zapłacić za wszystkie karabiny, pomimo ich złego stanu [2].

To jest dokładnie ten mechanizm, który znamy też z zakupów konfederackich: pośrednik w warunkach wojny ma przewagę informacyjną, producent ma pośpiech i brak kontroli jakości, a odbiorca płaci za to, czego nie może odesłać. Polska nie była tu wyjątkiem — była typowym klientem.

5.4. Inne kierunki

Liège nie było jedynym kierunkiem. W dokumentach powstania przewijają się:

  • Londyn: Józef Ćwierczakiewicz kupił tam 3987 karabinów z bagnetem [2]; wcześniejsze plany mówiły o zakupie 8 tys. karabinów w Londynie [4];
  • Genua/Włochy: Langiewicz kupił ok. 5000 starych karabinów pruskich w Genui [2]; wcześniej podjął się zakupu 5 tys. karabinów we Włoszech [4];
  • Francja: zakupy, które carscy agenci nierzadko potrafili zablokować konfiskatą [1];
  • Austria: Wiedeń jako siedziba komisji broni po przeniesieniu z Krakowa [2]; Galicja jako stosunkowo bezpieczny szlak przerzutu [1];
  • Belgia, Anglia, Włochy, Francja, Austria jako kraje, w których działali przedstawiciele Rządu Narodowego [1].

Przed wybuchem powstania Komitet Centralny Narodowy zebrał na ten cel do 22 stycznia 1863 r. 75 tys. rubli i powołał Komisję Zagraniczną dla Spraw Uzbrojenia, kierowaną przez Józefa Ćwierczakiewicza [4]. Agenci dysponowali nieraz kwotą 200 tys. franków w gotówce [3]. To pokazuje, że problemem nie były pieniądze, lecz przepustowość i bezpieczeństwo kanałów przerzutowych.

5.5. Geografia przemytu jako czynnik uzbrojenia

I tu dochodzimy do rzeczy, która bezpośrednio łączy się z naszym pytaniem. Europa była w owym czasie wielkim „marketem” broni, a szereg krajów pragnęło pozbyć się nadwyżek. Nieustanny proces doskonalenia konstrukcji powodował, że nowe wzory wprowadzano co kilka lat, a składnice przepełnione były wszelaką starzyzną. Producenci uzbrojenia oraz armia pośredników zbijali fortuny na Amerykanach, którzy na polach wojny secesyjnej masakrowali się wcale nie gorzej niż Europejczycy pół wieku później we Flandrii — do USA wysłano przeszło milion rozmaitych karabinów. Zarobiono i na Polakach [1].

Nabycie nie stanowiło problemu; wyzwaniem był przerzut. Carscy agenci działali nad wyraz sprawnie i nierzadko udawało im się spowodować konfiskatę już zakupionego uzbrojenia, np. we Francji. Z wielką pieczołowitością przechwytywali transporty z bronią Prusacy. Względnie bezpieczny był przerzut przez Galicję [1].

Ta geografia ma konsekwencje dla modeli broni. Oddziały operujące blisko południowej granicy były uzbrojone przede wszystkim w broń austriacką — bo tam było najbliżej i najtaniej. To wyjaśnia, dlaczego w pamiętnikach z Lubelskiego i Sandomierskiego tak często pojawiają się „austriackie sztucery”, a w dokumentach zakupowych — Enfieldy, które często nie docierały na czas.

6. Zagadka „belgijczyków”: czy powstańcy mieli Enfieldy?

To jedno z najciekawszych ustaleń Mackiewicza i zarazem najlepsza ilustracja całego problemu.

W pamiętnikach powstańców wielokrotnie pojawiają się określenia: belgijki, belgijczyki, sztucery belgijskie. Dotychczas interpretowano je dosłownie, sugerując — poparte zresztą faktem istnienia w Liège prężnie działającej Komisji Broni — że gros wojskowej broni strzeleckiej używanej w powstaniu stanowiły wzory belgijskie [1]. Brzmi logicznie: kupowaliśmy w Belgii, więc mieliśmy belgijską broń.

A jednak Erlach pisał o „karabinach rzekomo zrobionych w Belgii”, na zewnątrz niezupełnie wykończonych, bez cechy fabrycznej albo innych znaków, których gwinty, zamek i bagnet sieczny nadawały się wybornie do użycia w polu; krótka lufa usprawiedliwiała nazwę „sztuciec” [1]. Szwajcarski oficer najwyraźniej nie był przekonany o ich belgijskiej proweniencji.

Kluczowy jest fragment wspomnień Stefana Brykczyńskiego:

Nasze belgijczyki były krótkie, sześciokątne więcej niż do połowy lufy, małego kalibru, o grubych ściankach luf. Kulka była długa, a ilość prochu w ładunku proporcjonalnie większa, niż w rosyjskich karabinach. Kulka była pełna, mimo to choć w lufę wchodziła lekko, na wystrzelonej kuli wyraźnie było znać głębokie rowki od gwintów […]. Wizjer był półokrągły, dość niski. Karabiny te biły daleko i celnie [1].

Mackiewicz konkluduje: to nie jest nic innego, tylko opis austriackiego sztucera jegrów systemu Lorenza. Sztucery te miały ośmiogranną lufę, podtoczoną tylko przy samym końcu na okrągło dla założenia siecznego bagnetu tulejowego, i były dostosowane do amunicji kompresyjnej kalibru 13,9 mm. Celowniki były półokrągłe, krzywiznowe, z wysuwanym ramieniem blokowanym motylkową śrubą [1].

Innymi słowy: „belgijczyk” to najprawdopodobniej Lorenz, a nie Enfield. Broń, która przyszła z Belgii — ale niekoniecznie została tam zrobiona. Komisja w Liège była pośrednikiem handlowym, nie fabryką.

Potwierdzenia są trzy. Po pierwsze, pamiętniki wymieniają obok broni „belgijskiej” także austriacką. Po drugie, znaleziska z pól bitewnych: wcale licznie trafiają się pociski Lorenza [1]. Po trzecie, zdjęcia z epoki, na których widać powstańców w pełnym rynsztunku bojowym, z pokaźną liczbą sztucerów strzelców (Jägerstutzen) systemu Lorenza wz. 1854 i 1862 — broni na owe czasy nowoczesnej. Obawy, że to broń „z atelier”, Mackiewicz odrzuca, bo zdjęcia robiono w Galicji (w Krakowie, Lwowie), gdzie austriackie władze odnosiły się do werbunku i zakupów broni dosyć przychylnie lub co najmniej neutralnie [1].

A co z Enfieldami? W dokumentach dotyczących zakupów są wymieniane często — i tu Mackiewicz stawia sprawę uczciwie: nie ma pewności, że dotarły do kraju i zostały użyte w walce [1]. To zdanie jest ważniejsze, niż się wydaje. Oznacza, że legendarny „polski Enfield 1863” może być w dużej mierze artefaktem dokumentów zakupowych, a nie rzeczywistością pola bitwy.

To nie znaczy, że Enfieldów nie było wcale. Znaczy, że nie były dominantą i że „belgijski” w pamiętnikach nie znaczy „brytyjski”. A skoro tak, to pytanie „czy powstańcy mieli tę samą broń co Amerykanie” trzeba rozbić na dwa: czy mieli ten sam model (czasem tak, ale rzadko) i czy mieli tę samą technologię (tak, prawie zawsze).

Ryc. 9. Romuald Wilusz z karabinem Lorenz

Ryc. 9. Romuald Wilusz (1840–1922), powstaniec styczniowy, z karabinem Lorenz wz. 1854 i bagnetem. Fotografia studyjna z 1863 r. — jeden z najlepszych dowodów ikonograficznych tezy o austriackim pochodzeniu „belgijczyków”. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

7. Broń zdobyczna: rosyjski karabin wz. 1856/58

Dopiero w toku powstania wojskowa rosyjska broń zaczęła trafiać do rąk polskich partyzantów, zapewne w niemałej liczbie, stanowiąc istotny składnik powstańczego arsenału [1]. To zdanie warto zestawić z mitem, że powstańcy nie używali rosyjskich karabinów, bo groziło to natychmiastowym rozstrzelaniem w wypadku dostania się do niewoli. Mackiewicz odrzuca ten pogląd jednoznacznie: powstańcy i tak nie liczyli na litość, a ze wspomnień i raportów niezbicie wynika, że rosyjską broń, porzuconą lub zdobytą po poległych sołdatach, zbierano skrzętnie nawet w ferworze walki [1].

Co więcej, broń trafiała do oddziałów nie tylko z pola bitwy. Oddziały zasilano karabinami „z cekhauzów moskiewskich dostarczonymi” — bez wątpienia skuteczne w tym przypadku okazały się sowite łapówki [1]. To szczegół, który pokazuje, że carski aparat wojskowy nie był monolitą, a korupcja była jednym z kanałów zaopatrzenia powstańców w nowoczesną broń.

7.1. Cennik Rządu Narodowego jako źródło bronioznawcze

Rząd Narodowy ustanowił cennik, w którym wymieniano rodzaje rosyjskiego uzbrojenia i kwoty wypłacane za zdobytą broń. Najwyżej ceniono karabiny gwintowane, czyli „sztucery z bagnetem w dobrym stanie” — płacono za nie 20 złotych polskich, identycznie jak za poszukiwane rewolwery. Natomiast za karabinki skałkowe, używane jeszcze gdzieniegdzie przez Kozaków i niektóre oddziały tyłowe, płacono tylko 3 złote [1].

Ten cennik jest fascynującym dokumentem, bo pokazuje hierarchię wartości broni z perspektywy ludzi, którzy musieli ją zdobywać: sześciokrotna różnica między sztucerem a skałkówką to nie kaprys, lecz wycena realnej przydatności bojowej. A jednocześnie rewolwer — broń o zasięgu kilkudziesięciu metrów — był wyceniany równie wysoko jak karabin. To znowu dowód, że w wojnie partyzanckiej walka na krótkim dystansie, w lesie, we wsi, w zasadzce, miała znaczenie większe niż w polu.

7.2. „Janczarki”

Zdobyczne karabinki kozackie, z uwagi na ich azjatycką formę, Polacy nazywali „janczarkami” [1]. To określenie dobrze pokazuje, jak bardzo powstańczy arsenał był mieszaniną typów: obok nowoczesnego sztucera gwintowanego funkcjonował karabinek o archaicznej konstrukcji i egzotycznej proweniencji, często skałkowy, czasem przerabiany miejscowo na kapiszon.

7.3. Co to znaczy dla porównania z Ameryką

Rosyjski karabin wz. 1856/58 kal. 15,2 mm na pociski Minié był bronią funkcjonalnie równoważną Springfieldowi M1861 i Enfieldowi P1853: odprzodowy, kapiszonowy, gwintowany, jednostrzałowy, o podobnym zasięgu i podobnej balistyce [1]. Gdy powstaniec zdobył taki karabin, miał w rękach broń z tej samej klasy, co żołnierz Unii. Problem był w tym, że zdobycie wymagało walki, a walka wymagała broni — błędne koło, które w Ameryce rozwiązywał przemysł, a w Polsce przypadek, odwaga i łapówka.

Warto też zauważyć różnicę kalibrów: 15,2 mm Rosjanina, 14,7 mm (.58) Springfielda, 14,66 mm (.577) Enfielda i 13,9 mm Lorenza to cztery różne naboje. W armii amerykańskiej bałagan kalibrowy był problemem, ale istniały arsenały, odlewnie kul i linie zaopatrzenia. W oddziale powstańczym oznaczał, że każdy strzelec musi sam dopasować ładunek do swojej lufy.

8. Nowinki techniczne w powstaniu: Dreyse, Henry, Colty

Powstanie nie było całkowicie pozbawione nowoczesności. Było jej pozbawione systemowo, ale nie incydentalnie. I te incydenty są najlepszym dowodem na to, jak blisko — i jak daleko — było powstanie od amerykańskiego doświadczenia.

8.1. Pruski Dreyse: iglicówka w rękach Ślązaków

Karabin systemu Dreyse — odtylcowa iglicówka z nowoczesnym zamkiem tłokowym ślizgowo-obrotowym, strzelająca nabojem zespolonym — był bez wątpienia najnowocześniejszą bronią epoki; wprowadzono go do uzbrojenia w 1841 r. i wkrótce miał zmienić oblicze wojny, co Prusacy udowodnili w 1866 r. pod Sadową [1]. Karabiny tego systemu znalazły się w powstaniu za sprawą oddziału Ślązaków — dezerterów z armii pruskiej. Z kolei karabinki Dreyse posiadał na stanie oddział pruskich dragonów, złożony z Wielkopolan, który przyłączył się do powstania [1].

Relacja jednego z kawalerzystów jest bezcenna, bo pokazuje zarówno kontrast uzbrojenia, jak i entuzjazm wobec nowinki:

Już to ci ludzie byli bardzo licho uzbrojeni. Każdy miał jeno lancę, na którą mógł liczyć, bo reszta broni to aż żal się, Boże! Stare pałasiska, niektóre nawet ułamane końce miały, a pistoletów mieli w całym oddziale dwa i dwie dubeltówki, które zawsze ci brali, którzy szli na placówkę, i to jeszcze te gruchoty nie puszczały. Bardzo byli więc wszyscy radzi naszym karabinkom, a szczególnie wydziwić się nie mogli, że strzelały, jak ta igła żgnęła w nabój [1].

I dalej, o walce:

Nasi może na trzysta kroków przed Moskalami pędzili, jak nasi mijali, pokazał im się nasz oficer, aby dowódca wiedział, gdzie my jesteśmy — a potem zaraz, jak Moskale nadjechali, sypnęliśmy do nich z karabinków, co ich bardzo zmieszało, bo myśleli, że ich nasi wciągnęli w zasadzkę. Te nasze karabinki to jednak bardzo dobre były: dobrze strzelały, a nabijały się tak prędko, że zdążyłem pięć razy do Moskali strzelić i nabić [1].

Ten fragment jest dla naszego pytania kluczowy z dwóch powodów. Po pierwsze, pokazuje, że odtylcowa iglicówka była w powstaniu wydarzeniem lokalnym, anegdotą, a nie standardem — zdziwienie żołnierzy, że „strzela, jak igła żgnęła w nabój”, jest zdziwieniem ludzi, którzy wcześniej z taką bronią nie mieli do czynienia. Po drugie, tempo: „zdążyłem pięć razy strzelić i nabić” — w armii Unii żołnierz z Spencerem robił to samo w kilkanaście sekund, a nie w ciągu całego starcia.

8.2. Karabin Henry’ego pod Ignacewem

Najbardziej spektakularny epizod to sprawa „szesnastostrzałowego karabinu” hrabiego Jana Działyńskiego pod Ignacewem. Paweł Wyskota-Zakrzewski relacjonował:

Z mojego miejsca widziałem także Działyńskiego, stojącego na szańczyku i strzelającego z prawdziwie budującym spokojem ze swego 16-tu strzałowego karabinu jak prosty żołnierz. Prawda, czynił on to samo pod Pyzdrami, ale tam stali nasi za sosnami w bardzo łagodnym ogniu — tu biło w szańczyk, mający co najwyżej 120 kroków długości, 8 armat i strzelało do niego 1000 karabinów [1].

Ponieważ hrabia był znanym miłośnikiem broni strzeleckiej, twórczym wynalazcą i należał do organizatorów zrywu, epizod bywa łączony z bronią jego pomysłu, której szkice zachowały się w zbiorach Biblioteki Kórnickiej. Mackiewicz, wraz z częścią entuzjastów XIX-wiecznej broni strzeleckiej, skłania się jednak do wniosku, że bronią spod Ignacewa był najpewniej amerykański wielostrzałowy karabin systemu Henry’ego: broń o zamku dźwigniowym, dostosowana do naboju .44 cala (11,2 mm), z rurowym magazynkiem pod lufą mieszczącym 15 nabojów, do których można było wprowadzić szesnasty bezpośrednio do komory [1].

Karabin Henry’ego, protoplasta słynnego winchestera z 1866 r., dostępny był na rynku komercyjnym już w 1862 r., więc Działyński nie miał problemu z nabyciem tej szybkostrzelnej nowinki [1]. I tu wracamy do sedna: jeden egzemplarz broni powtarzalnej w całym powstaniu to nie „wyposażenie”, to „osobliwość kolekcjonerska na polu bitwy”. W Armii Potomaku Spencerów były tysiące.

8.3. Rewolwery i karabinki rewolwerowe

Nieco więcej wiemy o broni krótkiej, przede wszystkim o rewolwerach, cenionych za szybkostrzelność i niezastąpionych w walce na najbliższych dystansach. Można założyć, że większość ochotników przybywających z zagranicy starała się w taką broń zaopatrzyć. Na zdjęciach z epoki doskonale widać duże rewolwery kapiszonowe systemu Adamsa i słynne Lefaucheux — z charakterystycznym długim kurkiem dostosowanym do zbicia sztyftu z boku miedzianej łuski (nabój scalony) [1].

Warto zatrzymać się nad Lefaucheux. To broń na nabój scalony — czyli technologia, która w Ameryce była domeną karabinów odtylcowych, a w Polsce pojawiała się wyłącznie w rewolwerach prywatnych oficerów. Paradoks: powstaniec mógł mieć w kaburze nowocześniejszą amunicję niż w lufie karabinu.

Jeśli chodzi o broń wielostrzałową, jej obecność potwierdzają relacje, zazwyczaj bardzo lakoniczne. Wymienić należy przede wszystkim kapiszonowe rewolwerowe karabinki systemu Colt Root, używane ponoć między innymi w oddziale kawalerii gen. Edmunda Taczanowskiego [1]. To znowu broń z amerykańskiego rynku cywilnego, funkcjonująca w Polsce jako ciekawostka.

8.4. Wniosek z nowinek

Te trzy przykłady — Dreyse, Henry, Colt Root — układają się w spójny wzorzec. Nowoczesna broń w powstaniu:

  • pochodziła z zakupu prywatnego lub dezercji, nie z państwowego zaopatrzenia;
  • była nieliczna i przypisana do konkretnych ludzi, nie do jednostek;
  • wymagała amunicji nieprodukowanej lokalnie, więc po kilkudziesięciu strzałach stawała się kosztownym żelastwem;
  • i była nie do naprawienia w warunkach polowych.

To dokładnie odwrotność logiki amerykańskiej, gdzie broń nowoczesna była produkowana seryjnie, amunicja dostarczana wagonami, a warsztaty naprawcze istniały na tyłach armii.

9. Amunicja, kapiszony i logistyka: piekło kalibrów

Jeśli istnieje jeden czynnik, który najlepiej tłumaczy różnicę między powstaniem a wojną secesyjną, to nie jest nim karabin, lecz amunicja.

9.1. Mozaika kalibrów

Erlach opisał to z chirurgiczną precyzją:

U Ruckiego amunicję wożono na dwukołowym podwoziu, w skrzynce z przykrywką dachowatą, z dodatkowymi skrzyneczkami z tyłu i z przodu […] Znajdowały się tam skrzynki z ładunkami gotowymi wszelkich możliwych kalibrów, proch w workach, ładunki bez kul, papier, szpagat, ważka, poszczególne narzędzia, wszystko pomieszane bezładnie, „prawdziwie po polsku”. W czasie spokojnego postoju oddziału Ruckiego w obozie wypoczywał także naczelnik tego arsenału i jego rezerwy; wydawano tylko ludziom nieco amunicji. Okazało się przy tym, że karabinierom wydał on niewłaściwe pudełka nabojów, i że reszta strzelców grzebała sobie dowolnie w rozsypanych nabojach, wkładając je do wylotu luf, aby sprawdzić ich kaliber […] [U Krysińskiego] ludzie byli lepiej zaopatrzeni w amunicję, chociaż i tutaj musieli oni dobierać sobie pojedynczo ładunki do broni i swoich kalibrów, co już wynikało z ogólnego stanu uzbrojenia w powstaniu [1].

To jest obraz, którego w armii amerykańskiej nie znajdziemy. Tam żołnierz dostawał paczki nabojów kalibru swojej broni, w papierowych ładunkach, opisane i policzone. Tu żołnierz wkładał nabój w wylot lufy, żeby sprawdzić, czy pasuje.

9.2. Kapiszony jako wąskie gardło

Kapiszon jest mały, tani i absolutnie niezbędny. Bez niego karabin kapiszonowy nie strzela — i właśnie dlatego brak kapiszonów był jednym z najdotkliwszych problemów zaopatrzeniowych powstania. Wspomnienie Oxińskiego pokazuje to od strony szkolenia: „musiałem nauczyć młodego i świeżego żołnierza pierwszej elementarnej potrzeby, to jest nabijania i strzelania, gdyż zdarzyło się kilkanaście wypadków podczas bitwy pod Rychłocicami, że żołnierze, wkładając naraz po kilka ładunków do lufy, zwracali się do swych oficerów z wymówką, że nie mogą strzelać, bo ich »kurczyba« nie pełna, albo nabiwszy ją, a nie mając pojęcia o użyciu cyngla, tłukli pięścią w półkurcze i biadali, że »kurczyba nie chce strzylać«, przy czym nastąpiło kilka eksplozji, rozrywających przeładowane albo nie dobite karabiny, raniąc strzelających z nich ludzi” [1].

Po dziesięciu dniach ćwiczeń udało się nauczyć strzelców odwodzenia kurków i spuszczania ich przy użyciu cyngla — bądź spokojnie na osadzony kapiszon przy nabijaniu, bądź na komendę „pal” przy strzelaniu [1]. Dziesięć dni na najprostszą czynność. To jest miara przepaści między armią ochotniczą a armią przemysłową.

9.3. Proch, ołów, papier

Zaplecze amunicjowe powstania było domowe. Instrukcje konspiracyjne nakazywały gromadzić po 2 funty prochu i 6 ołowiu na każdy rodzaj broni palnej [5]. Ładunki robiono z papieru i sznurka, kulano kule, czasem odlewano pociski. W oddziałach brakowało nie tylko broni, ale i jednolitości: dwie dubeltówki w oddziale, z których „te gruchoty nie puszczały”, to przykład broni, której naprawa wymagała rusznikarza, a rusznikarzy było tylu, ilu znalazło się w partyzantce [1].

9.4. Amerykańska logistyka amunicji

Dla kontrastu: Springfield M1861 strzelał standardowym nabojem .58 z pociskiem Minié, Enfield P1853 — nabojem .577 z pociskiem Pritchett/Boxer o masie 530 granów i ładunkiem 68 granów prochu [6], Lorenz — amunicją kompresyjną, którą w miarę możliwości ujednolicano przez rozwiercanie luf [7]. Armie miały departamenty uzbrojenia, arsenały, odlewnie, kontrolę jakości i — co najważniejsze — możliwość wymiany broni na jednolitą, gdy tylko pojawiły się nadwyżki. Unia kupiła ok. miliona Enfieldów-type, żeby ujednolicić uzbrojenie szybciej, niż pozwalała własna produkcja [10].

10. Organizacja i taktyka: broń kształtuje formację

Powstańcza organizacja piechoty była dostosowana do posiadanej broni — i to jedna z najciekawszych obserwacji Mackiewicza. W instrukcji z lipca 1863 r. na batalion liczący 676 żołnierzy w sześciu kompaniach przewidywano 216 strzelców (2 kompanie) i 384 kosynierów (4 kompanie). Strzelcy mieli być uzbrojeni w „sztućce z bagnetami”, czyli wojskowe karabiny gwintowane. Łącznie w batalionie powinny być 232 sztucery, 27 rewolwerów i 7 pistoletów. Przepis ten pozostawał oczywiście tylko na papierze [1].

W regulaminie z 1864 r. organizacja batalionu także była sześciokompanijna, ale przewidywano 4 kompanie karabinierskie (lub kosynierskie) i 2 strzeleckie. Wynika z tego, że zasoby broni palnej wojska powstańczego uległy wyraźnemu zwiększeniu: „każdy karabinier powinien mieć karabin, każdy strzelec uzbrojony jest w sztuciec z bagnetem, oficerowie mają pałasze i rewolwery, podoficerowie karabiny lub sztućce, dobosze tylko pistolety” [1].

Erlach opisał to inaczej: piechota uzbrojona w broń palną dzieli się na karabinierów i tyralierów i nosi wspólną nazwę strzelców; różnica polega na odmiennej broni i doborze ludzi; każdy gwintowany karabin nazywano w partiach „sztućcem”, a z uzbrojonych w nie ludzi tworzono odrębne jednostki, do których tylko wyjątkowo przydzielano ludzi z lepszą bronią o gładkich lufach — kompanie karabinierskie [1].

NCK dodaje trzeci podział: strzelcy dzielili się na tyralierów (posiadacze broni gładkolufowej), karabinierów (strzelba z gwintowaną lufą) i ptaszników (popularna broń myśliwska) [3].

10.1. Współdziałanie broni gwintowanej i gładkolufowej

Najciekawszy element taktyczny to efektywne współdziałanie żołnierzy uzbrojonych w broń gwintowaną i gładkolufową. Ci pierwsi prowadzili celowany ogień na dalszych dystansach, drudzy spełniali rolę oddziałów „przeciwszturmowych”, powstrzymując natarcia Rosjan na bliższych odległościach. Niekiedy żołnierzy z różną bronią łączono na polu walki w kilkuosobowe sekcje [1]. Choć w regulaminach rozróżniano ogień batalionowy, szeregowy i rotowy, zdecydowanie preferowano tyralierski jako najbardziej skuteczny [1].

To rozwiązanie jest zaskakująco nowoczesne — przypomina późniejsze sekcje mieszane z bronią automatyczną i karabinami. I wynikało nie z doktryny, lecz z biedy: skoro masz pół na pół sztucerów i dubeltówek, zrób z tego taktykę.

10.2. Ile wart był ogień

Dokumenty powstańcze podają ciekawe dane o skuteczności ognia: „w piechocie przy rotowym ogniu żołnierz daje od 4 do 5 strzałów w 3 minuty, w tyralierach nie więcej jak 1 w minutę. Doświadczenia z dzisiejszymi udoskonalonymi sztucerami okazały, że ze 100 kul wystrzelonych na 300, 600, 1000 i 1200 kroków trafiało 93, 80, 31 i 20; w boju jednak niepodobna otrzymać i ¼ tych rezultatów” [1].

To bardzo uczciwa statystyka: na 300 kroków (ok. 200 m) trafia 93 na 100, na 1200 kroków — 20 na 100, a w warunkach bojowych ćwierć z tego. Karabin gwintowany był więc bronią o realnym zasięgu kilkuset metrów, ale nie był karabinem snajperskim. I tu znów widać, dlaczego wyszkolenie rosyjskie robiło różnicę: Oxiński pod Kuźnicą Grabowską relacjonował, że Rosjanie „osypywali piekielnym rotowym ogniem”, a ich strzały „prowadzone były tak prawidłowo, że wyżej pasa nie sięgały” [1].

I zdanie, które powinno wisieć w każdym muzeum: „W większości przypadków wyszkolenie strzeleckie było jednak słabe, nad armią wciąż unosił się duch feldmarszałka Aleksandra Suworowa, twórcy niezapomnianej frazy: »kula głupia, bagnet zuch«” [1].

Ryc. 10. Piechota polska 1863

Ryc. 10. Piechota polska w 1863 r. — tablica uzbrojenia i umundurowania Walerego Eljasza-Radzikowskiego. Obok karabinów widoczna włócznia: mozaika broni, którą wymuszał stan zaopatrzenia, nie doktryna. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

11. Bilans: co było wspólne, a co nie

Pora zebrać ustalenia w jedną tabelę. Kolumna „powstanie” opisuje stan faktyczny w oddziałach, nie w dokumentach zakupowych — to rozróżnienie jest tu najważniejsze.

Model / typ Kaliber Technologia Wojna secesyjna Powstanie styczniowe
Springfield M1861 .58 (14,7 mm) odprzodowy, kapiszon, Minié podstawowy karabin Unii [8] brak / sporadycznie zdobyczny
Enfield P1853 .577 (14,66 mm) odprzodowy, kapiszon, Minié drugi najliczniejszy obu stron, ~1 mln importu [6][10] kupowany masowo w Liège i Londynie; udział w walce niepewny [1][2]
Lorenz M1854/1862 .547 (13,9 mm) odprzodowy, kapiszon, kompresyjny trzeci najliczniejszy, ~300 tys. importu [11] bardzo prawdopodobnie główny „sztuciec belgijski” [1]
Karabin ros. wz. 1856/58 15,2 mm odprzodowy, kapiszon, Minié — podstawowa broń zdobyczna [1]
Dreyse Zündnadelgewehr 15,4 mm odtylcowy, iglicowy, nabój scalony nieliczny import pojedyncze sztuki (Ślązacy, pruscy dragoni) [1]
Henry 1860 .44 (11,2 mm) powtarzalny, dźwigniowy, nabój scalony tak, na rynku od 1862 [1] jeden egzemplarz (Działyński) [1]
Spencer 1860 .56-56 / .56-50 powtarzalny, magazynek, nabój scalony ponad 200 tys. sztuk, ~20 strzałów/min [9] brak
Colt 1851 Navy .36 rewolwer kapiszonowy ~215 tys. + 42 tys. w Londynie [13] nieliczne, prywatne [1]
Lefaucheux różne rewolwer na nabój sztyftowy import popularny wśród oficerów [1]
Dubeltówka / sztucer myśliwski dowolny kapiszon lub skałka, często gładka broń cywilna, marginalna najliczniejsza „broń palna” powstania [1][3][4]
Kosa osadzona na sztorc — broń drzewcowa — masowa, do 75–80% piechoty w niektórych oddziałach [12]

Tabela pokazuje rzecz, której nie widać w narracji o „tych samych karabinach”: pokrycie modelowe jest realne, ale asymetryczne. Trzy modele — Enfield, Lorenz, rosyjski wz. 1856/58 — tworzą wspólny trzon technologiczny obu konfliktów. Ale miejsce, które w armii amerykańskiej zajmuje broń odtylcowa i powtarzalna, w powstaniu zajmuje dubeltówka, a miejsce artylerii i zaopatrzenia — improwizacja.

11.1. Trzy poziomy odpowiedzi

Żeby odpowiedzieć precyzyjnie, trzeba rozdzielić trzy poziomy.

Poziom technologii — odpowiedź: tak. Podstawą był ten sam zestaw rozwiązań: kapiszonowy zamek, gwintowana lufa odprzodowa, pocisk ekspansyjny lub kompresyjny. Karabin powstańca i karabin żołnierza Unii należały do tej samej generacji i miały zbliżoną balistykę. Różnice kalibrów (13,9–15,2 mm) były mniejsze niż różnice między poszczególnymi modelami w obrębie samej armii amerykańskiej.

Poziom modeli — odpowiedź: częściowo tak. Enfield P1853 i Lorenz M1854/62 były obecne po obu stronach Atlantyku, przy czym w Polsce Enfield jest obecny przede wszystkim w dokumentach zakupowych, a Lorenz — w pamiętnikach i w znaleziskach pocisków. To odwrotność tego, co podpowiada intuicja: słynny brytyjski karabin był na papierze, a austriacki „sztuciec” — w rękach.

Poziom arsenału jako całości — odpowiedź: nie. Wojna secesyjna była konfliktem przemysłowym: miliony sztuk broni, jednolite kalibry, fabryki, kolej, telegraf, wymiana broni na lepszą, broń odtylcowa i powtarzalna w tysiącach egzemplarzy. Powstanie było konfliktem partyzanckim: kilkadziesiąt tysięcy sztuk broni w większości cywilnej, kilkanaście kalibrów w jednym oddziale, amunicja dobierana przez wtykanie naboju w lufę, i kosa jako podstawowa broń większości piechoty.

12. Bliźniak z Południa: Konfederacja jako polski przypadek

Jeśli szukać w wojnie secesyjnej sytuacji naprawdę analogicznej do polskiej, to nie jest nią Unia. Unia miała przemysł, pieniądze, marynarkę i nieprzerwaną komunikację z Europą. Analogią jest Konfederacja — państwo bez przemysłu zbrojeniowego, obłożone blokadą, skazane na import i na improwizację, z arsenałem tak niejednolitym, że historycy do dziś mają problem z jego opisaniem.

12.1. Agent, który kupował to, co było

Caleb Huse, major armii konfederackiej, przypłynął do Liverpoolu 10 maja 1861 r. z mandatem na zakup 12 tys. karabinów i baterii artylerii polowej [14]. Kupował dokładnie tak, jak kupowali Polacy — to, co było dostępne, w pośpiechu i z premią za szybkość. Enfieldy P1853 nabywał, oferując 19 dolarów za sztukę, gdy średnia cena rynkowa wynosiła 10–15 dolarów [14]. W Austrii pozyskał 100 tys. karabinów Lorenz, które przedstawiał jako doskonałe, prosto z wiedeńskiego arsenału, a które w rzeczywistości były nadwyżką, ponieważ armia austriacka właśnie wymieniała wz. 1854 na nowszy model [14].

To jest dokładnie ten sam mechanizm, który widzieliśmy w Liège: pośrednik kupuje starzyznę z magazynów, nazywa ją nowoczesnością, płaci premię za termin i bierze to, co leży na składzie. Guttry i Huse nie znali się prawdopodobnie osobiście, ale grali w tej samej grze na tym samym boisku — i obaj przegrali na jakości, choć wygrali na czasie.

12.2. Blokada i przemyt

Konfederacja miała odpowiednik polskich granic zaborczych: blokadę morską. Przemyt przez Bermudy, Nassau i Halifax był jej galicyjskim szlakiem — drogim, ryzykownym i ograniczonym przepustowością. W ostatnich sześciu miesiącach 1864 r. przez porty Karoliny Północnej i Południowej przeszło 50 tys. karabinów i 43 działa [16]. To pokazuje skalę: nawet w agonii Konfederacja importowała więcej broni w pół roku, niż powstanie kupiło przez osiemnaście miesięcy.

12.3. Piki z Georgii i kosy z Mazowsza

Najbardziej pouczająca paralela jest jednak w sferze broni prymitywnej. Gubernator Georgii Joseph E. Brown, nie mogąc zapewnić swoim żołnierzom dość karabinów i muszkietów, wezwał miejscowych kowali do wykuwania pik dla piechoty — broń tę nazwano od jego imienia „Joe Brown pike” [15].

Zestawmy to z polską kosą. W obu przypadkach państwo (lub jego namiastka) sięga po broń drzewcową nie z doktrynalnego wyboru, lecz z braku karabinów. W obu przypadkach broń ta jest wytwarzana lokalnie, tanio i masowo, przez rzemieślników, a nie fabryki. I w obu przypadkach jest to wskaźnik niedoboru, nie siły.

Różnica jest jednak zasadnicza i warto ją podkreślić: Konfederacja traktowała piki jako rozwiązanie tymczasowe, uzupełniające, i porzuciła je, gdy tylko napłynęła broń palna. W Polsce kosa pozostała elementem organizacji piechoty do końca powstania — w regulaminie z 1864 r. nadal przewidywano kompanie kosynierskie [1]. To miara, jak długo trwał niedobór.

12.4. Trzy lekcje z porównania z Południem

Po pierwsze: import nie zastępuje przemysłu. Konfederacja kupiła setki tysięcy karabinów i nadal przegrała, bo nie mogła ich naprawić, nakarmić amunicją ani uzupełnić strat. Powstanie kupiło kilkadziesiąt tysięcy i przegrało szybciej, z tych samych powodów.

Po drugie: jednolitość jest ważniejsza od nowoczesności. Armia, która ma jeden typ karabinu w średnim stanie, bije armię, która ma pięć typów, w tym dwa doskonałe — bo ta pierwsza potrafi zaopatrzyć wszystkich. Polska miała mozaikę, Konfederacja miała mozaikę, Unia miała system.

Po trzecie: broń prymitywna wraca, gdy zawodzi logistyka. Piki w Georgii i kosy na Mazowszu to nie wstyd ani romantyzm — to racjonalna odpowiedź na brak karabinów. Wstydem byłoby udawać, że kosa jest karabinem.

13. Dlaczego „ta sama broń” nie znaczy „ta sama wojna”

Warto zatrzymać się nad przyczynami tej rozbieżności, bo bez nich odpowiedź byłaby tylko listą modeli.

12.1. Przemysł

Stany Zjednoczone miały Springfield Armory i sieć kontrahentów prywatnych; Południe miało Tredegar Iron Works i rozpaczliwą improwizację, ale i tak produkowało broń. Polska nie miała nic: „wytwarzanie broni strzeleckiej było procesem nazbyt skomplikowanym, materiałochłonnym i wymagało profesjonalnych rzemieślników, przez co krajowa konspiracyjna produkcja dostarczyła jedynie kos i pik” [1]. To zdanie jest wyrokiem: powstańcy nie mogli wyprodukować karabinu, bo karabin wymaga stalowni, wiertarek, frezarek i rusznikarzy z tradycją. Kosa wymaga kuźni i młota.

12.2. Rynek

Oba konflikty korzystały z europejskiego rynku nadwyżek, ale inaczej. Amerykanie kupowali masowo i selektywnie: mogli zapłacić za nowy Enfield, odrzucić wadliwy transport, wybrać kaliber i wymusić jednolitość. Polacy kupowali na wyścigi: „nabycie nie stanowiło problemu, wyzwaniem był jej przerzut do kraju” [1]. Efekt: brali to, co dało się kupić i przewieźć, a nie to, co było najlepsze.

Sprawa Tambeure’a jest tu wzorcowa: 5000 Enfieldów po 30 franków, dostawa złej jakości, odmowa przyjęcia, proces i przymus zapłaty [2]. W Ameryce taki kontrakt oznaczałby zerwanie umowy i skandal w Kongresie. W Polsce oznaczał 5000 karabinów, za które zapłacono i które być może nie nadawały się do walki.

12.3. Skala i czas

Wojna secesyjna trwała cztery lata i objęła miliony ludzi pod bronią. Powstanie trwało osiemnaście miesięcy i w szczycie miało ok. 30 tys. ludzi pod bronią, z czego zaledwie część uzbrojoną w broń palną [12]. Skala determinuje wszystko: przy 30 tys. ludzi nie opłaca się budować fabryki karabinów; przy milionie — opłaca się wszystko.

12.4. Geografia polityczna

Amerykanie mieli ocean i własne porty; blokada Południa była szczelna tylko częściowo, a przemyt odbywał się statkami przez Bermudy i Nassau. Polacy mieli trzy granice zaborcze, szczelną kontrolę celną, agentów carskich w Paryżu i Berlinie oraz pruski nadzór nad każdym transportem [1]. Przerzut był wąskim gardłem, które ograniczało nie tylko ilość, ale i różnorodność broni: brano to, co dało się przewieźć w beczkach, skrzyniach i pod słomą.

14. Mity, które trzeba rozbroić

13.1. Mit: „Powstańcy mieli Enfieldy, więc mieli broń jak Amerykanie”

Enfieldy były w dokumentach zakupowych, owszem. Ale Mackiewicz pisze wprost: „nie ma jednak pewności, że dotarły do kraju i zostały użyte w walce” [1]. A nawet gdy dotarły — był to jeden z kilku typów, obok Lorenza, karabinów rosyjskich, dubeltówek i sztucerów myśliwskich. „Mieli Enfieldy” znaczy „kupili Enfieldy”, a nie „byli w nie wyposażeni”.

13.2. Mit: „Belgijczyki to broń belgijska”

Prawdopodobnie nie. To najpewniej austriackie sztucery jegrów systemu Lorenza, kupowane przez Liège jako pośrednika [1]. Belgia była handlarzem, niekoniecznie producentem. To rozróżnienie ma znaczenie, bo pokazuje, jak działał rynek: pośrednik sprzedawał to, co miał, a klient nazywał towarem po pośredniku.

13.3. Mit: „Kosa była skuteczną bronią”

Mackiewicz: kosy miały iluzoryczną wartość bojową, a atak z ich udziałem kończył się najczęściej masakrą, m.in. pod Węgrowem [1]. Były bronią rozpaczy i bronią masowej mobilizacji chłopów, nie bronią zwycięstwa. Ich rola była społeczna — dawały powstańcom poczucie udziału i liczebność — a nie taktyczna.

13.4. Mit: „Powstanie było zacofane technologicznie”

To też nieprawda, i to jest niuans, który warto docenić. Powstanie używało najnowocześniejszej broni dostępnej na rynku — Lorenza wz. 1862, Enfielda P1853, a nawet Dreysego i Henry’ego. Problem nie leżał w technologii, lecz w ilości, jednolitości i zaopatrzeniu. Powstaniec z Lorenzem nie był gorszy od żołnierza Unii z Springfieldem; ale na stu powstańców przypadało kilkunastu takich, a na stu żołnierzy Unii — stu.

13.5. Mit: „Wojna secesyjna to wojna nowoczesna”

Przez większość wojny obie armie używały odprzodowych karabinów kapiszonowych. Spencer, Henry i Sharps były mniejszością. To ważne, bo pozwala właściwie skalibrować porównanie: obie wojny były w większości „odprzodowe”, a różnica polegała na tym, że Ameryka miała nowoczesność jako produkt przemysłowy, a Polska jako importowany unikat.

Ryc. 11. Romuald Traugutt

Ryc. 11. Romuald Traugutt, dyktator powstania, stracony w Cytadeli Warszawskiej 5 sierpnia 1864 r. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

15. Wnioski

Wracając do pytania z tytułu: czy powstańcy styczniowi używali tej samej broni palnej co strony wojny secesyjnej?

Tak — w sensie technologii i częściowo modeli. Karabin kapiszonowy z gwintowaną lufą, strzelający pociskiem ekspansyjnym lub kompresyjnym, był wspólnym mianownikiem obu konfliktów. Enfield P1853 i Lorenz M1854/62 to te same konstrukcje, które stały na polach Pensylwanii i pod Węgrowem. Kalibry 13,9–15,2 mm sytuują cały ten arsenał w jednej klasie. Gdyby powstańcy mieli pełne wyposażenie w Lorenze, diferencia technologiczna wobec armii carskiej byłaby niewielka — a wobec armii amerykańskich żadna.

Nie — w sensie arsenału, skali i charakteru wojny. Wojna secesyjna była wojną przemysłową z bronią odtylcową, powtarzalną, nabojem scalonym, artylerią, koleją i telegrafem. Powstanie było wojną partyzancką, w której najliczniejszą bronią palną była dubeltówka, a najliczniejszą bronią w ogóle — kosa. Symboliczny jest kontrast: w Ameryce 200 tys. Spencerów; w Polsce jeden Henry.

I jest w tym coś jeszcze, co warto powiedzieć na koniec. Powstanie styczniowe bywa opisywane jako „zryw bez broni” — i to określenie jest sprawiedliwe, ale niepełne. To był zryw, który miał dostęp do tej samej broni co najnowocześniejsze armie świata i nie mógł jej kupić w wystarczającej liczbie, nie mógł jej przewieźć przez granice i nie mógł jej naprawić ani nakarmić amunicją. Technologicznie nie był zacofany. Był odcięty.

To rozróżnienie zmienia ocenę. Powstańcy nie przegrali, bo mieli gorsze karabiny. Przegrali, bo mieli ich za mało — a to jest problem państwa, nie żołnierza. Karabin Lorenza w rękach chłopa z Sandomierskiego i Springfield w rękach farmera z Ohio były, technicznie rzecz biorąc, kuzynami. Dzieliła ich nie technologia, lecz to, co stoi za technologią: fabryka, kolej, budżet i granica, której nikt nie pilnuje.

Spis ilustracji

Wszystkie ilustracje pochodzą z Wikimedia Commons i są w domenie publicznej (PD / PD-Art / PD-US); podano strony plików, z których można zweryfikować licencję i metadane.

  1. Jeńcy konfederaccy pod Gettysburgiem, lipiec 1863 — https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Gettysburg,_Pa._Three_Confederate_prisoners.jpg
  2. Springfield Model 1861 — https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Springfield_Model_1861_Rifle_Musket-NMAH-AHB2015q028556.jpg
  3. Enfield Pattern 1853 — https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Enfield_Rifle_Pattern_1853-NMAH-AHB2015q036437.jpg
  4. Lorenz wz. 1854 — https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Lorenz_Smithsonian.jpg
  5. Spencer Carbine Mod. 1865 — https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Spencer_Carbine_2.JPG
  6. Błogosławieństwo kosynierów — https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Blessing_of_Polish_scythemen_during_January_Uprising_1863.PNG
  7. Marian Langiewicz — https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Marian_Langiewicz_1863_(338183).jpg
  8. Bitwa pod Miechowem — https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Battle_of_Miechów_1863.png
  9. Romuald Wilusz z karabinem Lorenz — https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Romuald_Wilusz_(1840-1922)_powstaniec_styczniowy_1863_z_karabinem_Lorenz_M1854.jpg
  10. Piechota polska 1863 — https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Polish_infantry_in_1863.PNG
  11. Romuald Traugutt — https://commons.wikimedia.org/wiki/File:RomualdTraugutt.jpg

Źródła

[1] M. Mackiewicz, Sztućce, janczarki, belgijczyki – o uzbrojeniu strzeleckim w powstaniu styczniowym, „Pamiętnik Biblioteki Kórnickiej” 31 (2014), s. 135–148. https://bazhum.muzhp.pl/media/texts/pamietnik-biblioteki-kornickiej/2014-tom-31/pamietnik_biblioteki_kornickiej-r2014-t31-s135-148.pdf

[2] I. Goddeeris, H. Ranson, Polskie zakupy broni w Liège podczas powstania styczniowego, „Teka Komisji Historycznej OL PAN” X (2013), s. 7–25. https://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.oai-journals-pan-pl-92804/c/oai-journals-pan-pl-92804_full-text_cb292089-1472-4f29-8331-ed21e7e2396a.pdf

[3] Narodowe Centrum Kultury, Uzbrojenie powstańców, 15.01.2013. https://nck.pl/projekty-kulturalne/projekty/powstanie-styczniowe-150-rocznica/aktualnosci/uzbrojenie-powstancow

[4] Muzeum Arsenał, Broń powstańców styczniowych. https://muzeumarsenal.pl/pl/rok-szkolny/blog/432-bron-powstancow-styczniowych

[5] Broń myśliwska w rękach powstańców styczniowych, Echa Polesia, 28.08.2016. https://polesie.org/5331/bron-mysliwska-w-rekach-powstancow-styczniowych/

[6] Pattern 1853 Enfield, Wikipedia (en). https://en.wikipedia.org/wiki/Pattern_1853_Enfield

[7] Lorenz rifle, Wikipedia (en). https://en.wikipedia.org/wiki/Lorenz_rifle

[8] Springfield Model 1861, Wikipedia (en). https://en.wikipedia.org/wiki/Springfield_Model_1861

[9] Spencer repeating rifle, Wikipedia (en). https://en.wikipedia.org/wiki/Spencer_repeating_rifle

[10] NRA Museums, Barnett Model 1853 Enfield Percussion Rifle-Musket, Case 17: Civil War Imported Arms. https://www.nramuseum.org/guns/the-galleries/a-nation-asunder-1861-to-1865/case-17-civil-war-imported-arms/barnett-model-1853-enfield-percussion-rifle-musket.aspx

[11] Austria’s Deadly Emissary: Lorenz Rifle-Muskets in the Civil War, HistoryNet. https://historynet.com/austrias-deadly-emissary-lorenz-rifle-muskets-in-the-civil-war.htm

[12] K. Jadczyk, Wojsko powstańcze zrywu styczniowego 1863–1864. Wybrane aspekty, „Przegląd Historyczno-Wojskowy” 14/65 (2013), nr 1, s. 7–28. https://bazhum.muzhp.pl/media/texts/przeglad-historyczno-wojskowy/2013-tom-14-65-numer-1-243/przeglad_historyczno_wojskowy-r2013-t1465-n1_243-s7-28.pdf

[13] Colt 1851 Navy Revolver, Wikipedia (en). https://en.wikipedia.org/wiki/Colt_1851_Navy_Revolver

[14] Caleb Huse, Wikipedia (en). https://en.wikipedia.org/wiki/Caleb_Huse

[15] The Civil War Picket: Joe Brown, cytując tablicę muzealną o „Joe Brown pike”. https://civil-war-picket.blogspot.com/search/label/Joe%20Brown

[16] On Dark Nights: Blockade Runners Supplying the Confederacy, Emerging Civil War, 11.01.2022. https://emergingcivilwar.com/2022/01/11/on-dark-nights-blockade-runners-supplying-the-confederacy/

Bibliografia przedmiotowa (niewykorzystana bezpośrednio, wskazana dla dalszej lektury)

  • S. Kieniewicz, Powstanie Styczniowe, Warszawa 1983.
  • M. Maciejewski, Broń strzelecka wojsk polskich w latach 1717–1945, Szczecin 1991.
  • J. Zarawski, O broni palnej powstania styczniowego, „Arsenał Poznański” 1997–1998, nr 4 (22).
  • F. L. von Erlach, Partyzantka w Polsce w roku 1863, Warszawa 1960.
  • J. Oxiński, Wspomnienia z powstania polskiego 1863/64 roku, Łódź 1959.
  • S. Brykczyński, Moje wspomnienia. Rok 1863, Warszawa 1925.
  • J. G. Bilby, Civil War Firearms, Pennsylvania 1996.
  • Dokumenty Wydziału Wojny Rządu Narodowego w powstaniu styczniowym 1863–1864.

Ile Polaków zabija Dziki Zachód, a ile współczesna broń? – dane za 10 lat

Ile Polaków zabija „Dziki Zachód”, a ile współczesna broń? Proste zestawienie: broń czarnoprochowa vs broń współczesna – ostatnie 10 lat. Źródła: Policja (KGP), NIK, MSWiA, interpelacje sejmowe – 5 niezależnych źródeł.

Dane za 10 lat · 5 niezależnych źródeł

Broń czarnoprochowa odpowiada za około 1 % przestępstw z bronią w Polsce — ale w zabójstwach z bronią pojawia się mniej więcej co piąty raz.

Policja (KGP) · NIK · MSWiA · interpelacje sejmowe

~500 000

broni czarnoprochowej w Polsce
(szacunek, nie rejestrowana)

930 121

broni palnej zarejestrowanej
(koniec 2024, dane KGP)

36

przestępstw z bronią CP
2020–2024 (łącznie)

6066

przestępstw z bronią współczesną
2015–2023 (łącznie)

O co w ogóle chodzi?

Broń czarnoprochowa to taki stary rewolwer albo karabinek, z którego strzela czarnym prochem — ładujesz proch, potem kulę, osobno. Wygląda jak z Dzikiego Zachodu. W Polsce możesz ją kupić bez żadnego pozwolenia (jeśli jest starsza niż 1885 rok albo to jej replika).

Broń współczesna (palna) to normalne pistolety i karabiny — Glocki, wiatrówki z mocą, karabinki myśliwskie. Na te trzeba mieć pozwolenie.

Najważniejsze, żeby nie wpaść w panikę: Policja bardzo dobrze liczy przestępstwa ze współczesną bronią — ma na to osobną kolumnę w systemie. Ale z bronią czarnoprochową jest problem — w policyjnym systemie nie ma osobnej szufladki. Żeby policja policzyła takie przestępstwo, ktoś musi w opisie sprawy dosłownie napisać słowa „czarnoproch” albo „proch”. Część spraw z takim starym rewolwerem po prostu nie jest policzona. Więc liczby dotyczące broni CP to minimum — prawda jest prawdopodobnie nieco wyższa, ale nie drastycznie.

Co mówią liczby?

To, co policja policzyła oficjalnie:

Okres Broń CP przestępstwa Broń CP zabójstwa Broń współcze­sna przestępstwa Broń współcze­sna zabójstwa
2020 4 3 635 23
2021 13 10 682 27
2022 5 3 548 20
2023 5 5 603 21
2020–2023 27 21 2468 91

→ przewiń tabelę w poziomie

Broń CP: dane z odpowiedzi MSWiA (13.08.2025), NIK. Broń współczesna: oficjalny plik statystyczny KGP 2002–2023.

Wykres: przestępstwa rocznie (CP vs współczesna)

Wykres słupkowy: przestępstwa z bronią czarnoprochową i współczesną w latach 2020–2023

Broń czarnoprochowa (brązowy) vs broń palna współczesna (niebieski) — przestępstwa rocznie, 2020–2023. Różnica skali jest ogromna — CP to ułamek.

A teraz proste porównanie — ile to procent?

Przestępstwa ogółem (CP vs współczesna)

➡️ Broń czarnoprochowa to około 1 % wszystkich przestępstw z bronią.

➡️ Na każde 100 przestępstw z bronią przypada nieco ponad 1 sprawa ze starym rewolwerem (27 z 2495).

0 %50 %100 %

Udział w przestępstwach z bronią, 2020–2023 (łącznie 2495 spraw).

Zabójstwa (CP vs współczesna)

➡️ Liczba zabójstw z bronią czarnoprochową to około 23 % liczby zabójstw z broni współczesnej (21 wobec 91 w latach 2020–2023).

➡️ W 2021: 10 zabójstw z bronią CP wobec 27 ze współczesną (37 %, rekord).

➡️ W 2022: 3 wobec 20 (15 %).

➡️ Średnio ~19 % zabójstw z bronią — ze starym rewolwerem (21 z 112 spraw).

0 %50 %100 %

Udział w zabójstwach z bronią, 2020–2023 (łącznie 112 przypadków).

Dlaczego ta rozbieżność? Bo stary rewolwer najczęściej nie służy do napadu na sklep — służy do zastrzelenia żony, brata albo sąsiada z bliska, z przyłożenia. Najczęściej w rodzinnych kłótniach. Współczesna broń częściej służy do rozbojów.

A noże?

Bo o nich zawsze się zapomina. Gdy policja policzy wszystkie przestępstwa, w których ktoś użył jakiejkolwiek „broni” — noża, młotka, pistoletu, materiału wybuchowego, psa:

➡️ Przestępstw z użyciem niebezpiecznego narzędzia — noża, tasaka, młotka — jest około 400× więcej niż z bronią czarnoprochową (10 796 wobec 27 w latach 2020–2023).

➡️ Broń czarnoprochowa to 0,13 % wszystkich przestępstw z użyciem narzędzia (27 z 21 412 spraw).

Wykres kołowy: udział noży, broni palnej, broni czarnoprochowej i innych narzędzi w przestępstwach w 2023 roku

Udział typów narzędzi w przestępstwach stwierdzonych, 2020–2023 (dane KGP). Niebezpieczne narzędzia to ponad połowa spraw, broń czarnoprochowa — 0,13 %.

Na każdą 1000 sztuk broni — ile przestępstw?

To najuczciwsze porównanie, bo broni CP jest mniej (pół miliona), a współczesnej prawie dwukrotnie więcej (930 tysięcy):

Typ broni Ilość w obiegu Przestępstwa (5 lat) Na 1000 szt. / rok
Broń czarnoprochowa ~500 000 36 0,014
Broń współczesna 930 121 ~3068 0,66

Na 1000 sztuk broni w obiegu wypada 0,014 sprawy rocznie dla broni czarnoprochowej i 0,66 dla współczesnej — ta druga jest więc około 46× częściej używana w przestępstwach. Pamiętaj, że sprawy z bronią CP to dolna granica (KGP nie ma osobnego wyróżnika).

Co to wszystko znaczy? (krótko)

  1. Broń czarnoprochowa jest rzadko używana w przestępstwach — około 1 % wszystkich przestępstw z bronią (27 z 2495 spraw w latach 2020–2023).
  2. W zabójstwach z bliskiej odległości pojawia się częściej, niż by się spodziewać — mniej więcej co piąte zabójstwo z bronią (21 z 112). Bo tam służy do „załatwiania” najbliższych.
  3. Największym „sprawcą” polskich przestępstw z użyciem jakiegoś narzędzia jest nóż, nie żadna broń.
  4. Liczby rosną — od 4 spraw w 2020 do 9 w 2024. To mało w liczbach bezwzględnych (9 spraw na cały kraj!), ale widać trend.
  5. 500 000 sztuk broni, a przestępstw 36 w 5 lat — to w statystyce prawie nic. Jak porażenie piorunem, jak mówił ekspert cytowany przez PAP.

Wykres: zabójstwa rocznie (CP vs współczesna)

Wykres słupkowy: zabójstwa i usiłowania z bronią czarnoprochową i współczesną w latach 2020–2023

Zabójstwa / usiłowania rocznie, 2020–2023. Tu różnica jest mniejsza — CP stanowi 23–37 % zabójstw z bronią w poszczególnych latach.

Jedno zdanie na koniec

W Polsce ginie z bronią w ręku od 23 do 37 osób rocznie (2020–2023). Z tej puli mniej więcej co piąty strzał — 19 % — padł ze starym „Dzikim Zachodem”. Reszta — ze współczesną bronią. A nóż? Nóż robi połowę roboty.

Skąd te dane? (źródła do sprawdzenia)

  1. Oficjalny plik statystyczny Policji (KGP) — przestępstwa z bronią 2002–2023.
    statystyka.policja.pl — dane o broni palnej współczesnej, wszystkie lata.
  2. Odpowiedź MSWiA na interpelację nr 11155 (sekretarz stanu Czesław Mroczek, 13.08.2025) — to z niej pochodzą wszystkie liczby o broni czarnoprochowej: 2020–2024, rocznie, wg kwalifikacji (art. 148, 155, 156, 157, 160).
    sejm.gov.pl — odpowiedź na interpelację 11155 — KGP nie ma wyróżnika broni czarnoprochowej, więc sprawy wyłowiono z opisów zawierających słowa „czarnoproch”, „czarno-proch”, „prochów”. Dlatego są to liczby minimalne.
  3. Raport NIK „Reglamentacja dostępu do broni palnej” (kontrola P/25/089, publikacja 29.05.2026) — kontekst systemu nadzoru i liczby sztuk broni w obiegu.
    nik.gov.pl — wyniki kontroli
  4. Interpelacja nr 7392 (14.01.2025) — pytania posła Płaczka m.in. o przestępstwa z bronią czarnoprochową i napaści z niebezpiecznym narzędziem.
    sejm.gov.pl — treść interpelacji 7392
  5. Raport Fundacji Liga Proobronna 2025 + analiza hoplofobia.info — szacunki liczby broni czarnoprochowej w obiegu (ok. 500 tys. sztuk; nikt tego nie rejestruje).
  6. Wersja standalone (poprawiona)
    blackpowder_stats_standalone_v2.html — ta sama analiza na jednej stronie, z interaktywnymi wykresami Chart.js.

Jak to policzone: przestępstwa z bronią współczesną to wiersz „Ogół przestępstw” dla kolumny „Broń palna” z pliku KGP (2020: 635, 2021: 682, 2022: 548, 2023: 603 — razem 2468). Zabójstwa to wiersz „Zabójstwo (w tym także usiłowania)” z tej samej kolumny (23, 27, 20, 21 — razem 91). Liczby dla broni czarnoprochowej (4, 13, 5, 5 w latach 2020–2023 i 9 w 2024) pochodzą z odpowiedzi MSWiA i są dolną granicą. Udziały procentowe liczone od sumy obu kategorii.

1900 czy 1885? Nowelizacja UoBiA, cykliczne badania i trzy projekty, które zmienią zasady posiadania broni

Proch w słoiku, kapiszon w kieszeni, a w ustach grymas człowieka, który właśnie spudłował o dwie kule. Tak wygląda strzelnica czarnoprochowa w każdą sobotę — i tak właśnie wygląda obecna debata wokół polskiego prawa broniowego, w której proch czarny gra rolę, jaką kiedyś grał lont: trzyma wszystkie strony przy palniku, dopóki nie nastąpi iskra.

Dlaczego rok 1885 jest tak ważny

Od ponad stu lat w polskiej ustawie o broni i amunicji funkcjonuje prosta zasada: broń palna rozdzielnego ładowania, przystosowana do strzelania wyłącznie prochem czarnym, wytworzona przed rokiem 1885, nie wymaga pozwolenia. To tak zwana broń historyczna. Dla kolekcjonera to oznacza, że piętnastowieczna hakownica z muzeum i replika M1858 od Pedersoli podlegają dokładnie tym samym regułom — obie mają mniej niż sto lat od granicy, obie można kupić, zarejestrować i strzelać bez papierów.

Ten próg nie jest przypadkowy. Rok 1885 to w przybliżeniu moment, w którym z rynku zaczęły znikać ostatnie serie broni czarnoprochowej na rzecz broni centralnego zapłonu z pociskami pociskowymi. Od tego momentu broń czarnoprochowa przestała być amunicją frontową i zaczęła żyć własnym życiem — w kolekcjach, na strzelnicach historycznych i w rękach pasjonatów.

Trzy projekty, które zmienią zasady gry

W 2026 roku w sejmowej i rządowej流水ce legislacyjnej krążą jednocześnie trzy projekty nowelizacji ustawy o broni i amunicji. Każdy z nich dotyka innego wycinka problemu, ale łącznie tworzą obraz zmian, jakich nie było od lat.

Projekt nr 1: cykliczne badania dla wszystkich posiadaczy

Autorami projektu jest klub Polska 2050 – Trzecia Droga. Złożono go we wrześniu 2025 roku, a pod koniec listopada Sejm nie odrzucił go w pierwszym czytaniu — głosowało 212 posłów za odrzuceniem, 222 przeciw. Projekt trafił do komisji administracji i spraw wewnętrznych.

Idea jest prosta: wszyscy posiadacze pozwoleń na broń — nie tylko myśliwi i posiadacze broni do ochrony osobistej — mają cyklicznie przechodzić badania lekarskie i psychologiczne. Do 70. roku życia raz na pięć lat, po 70. roku życia raz na dwa lata. Koszt badań ponosi sam posiadacz, a dziś komplet orzeczeń to wydatek rzędu 550–600 zł. Projekt przewiduje sześciomiesięczne vacatio legis, a dla części osób obowiązek dostarczenia nowych orzeczeń pojawi się w terminie dwunastu do osiemnastu miesięcy od wejścia ustawy w życie.

Dlaczego to ważne dla czarnoprochowca? Bo dziś posiadacz pozwolenia sportowego, kolekcjonerskiego lub szkoleniowego przechodzi badania tylko raz — przy składaniu wniosku. Jeśli projekt wejdzie w życie, będzie musiał co pięć lat udowadniać, że wciąż ma prawo do broni. To nie jest kara, ale dla niektórych może być dodatkowym obciążeniem finansowym.

Projekt nr 2: pozwolenie dla byłych mundurowych

Konfederacja złożyła swój projekt 16 października 2025 roku. Dotyczy on jednego problemu: dziś, gdy funkcjonariusz Policji, ABW, AW, Straży Granicznej, Służby Celno-Skarbowej, Służby Więziennej albo żołnierz zawodowy przechodzi na emeryturę, traci „ważną przyczynę” posiadania broni. To znaczy, że jego pozwolenie może zostać cofnięte — nie dlatego, że się czegoś dopuścił, tylko dlatego, że zmienił status.

Projekt zakłada, że samo zakończenie służby nie będzie automatycznie skutkować cofnięciem pozwolenia. Zmiana nie wyłącza możliwości cofnięcia pozwolenia w przypadku naruszenia innych warunków — braku zdolności psychicznej lub fizycznej, karalności, naruszenia zasad przechowywania.

Dla środowiska czarnoprochowego to zmiana o charakterze pośrednim, ale nie do zignorowania. Wielu pasjonatów CP to właśnie byli mundurowi, którzy przez lata strzelali w jednostce, a po odejściu na emeryturę kupili pierwszego kapiszonowca. Dziś muszą liczyć się z ryzykiem, że policja cofnie im pozwolenie. Po zmianie — nie.

Projekt nr 3: rządowy — organizacje proobronne i granica 1900

Trzeci, rządowy projekt, jest najszerszy i dotyczy kilku obszarów jednocześnie. Najważniejsze elementy:

Świadectwo broni kategorii A dla organizacji proobronnych — stowarzyszenia współpracujące z MON lub MSWiA będą mogły uzyskać świadectwo na broń kat. A na okres trzech lat, wyłącznie w celu szkolenia i ćwiczeń strzeleckich.

Zmiana roku granicznego dla broni czarnoprochowej — tu dochodzimy do sedna. Obecna granica to 1885 rok. Rządowy projekt zakłada przesunięcie jej do 1900 roku. Oznacza to, że broń wytworzona między 1885 a 1900 rokiem przestanie wymagać pozwolenia — zostanie zaliczona do broni historycznej.

Dla kolekcjonera to ogromna zmiana. W tym okresie powstała masa broni, którą dziś trzeba rejestrować z pozwoleniem: od rewolwerów Czajki i Wessena, przez karabiny Mausera, po pierwsze serie broni centralnego zapłonu z pociskiem pociskowym. Po zmianie część z nich mogłaby trafić do szafy bez pozwolenia.

Obowiązek informowania Policji o adresie przechowywania broni — i o jego zmianie w ciągu 14 dni.

Nowa przesłanka cofnięcia pozwolenia — za brak oznakowania broni wymaganego przez dyrektywę UE.

Co to oznacza dla praktyki

Na dziś żaden z projektów nie jest jeszcze prawem obowiązującym. Procedura składania wniosku o pozwolenie pozostaje bez zmian: klub, patent, licencja, badania, wniosek do WPA. Ale jeśli któryś z projektów wejdzie w życie, zasady zmienią się istotnie.

Dla początkującego pasjonata, który dopiero planuje pierwszy kapiszonowiec, najważniejsza rada pozostaje ta sama: nie czekaj. Procedura trwa cztery do sześciu miesięcy, a zmiany legislacyjne nie zwalniają z obowiązku posiadania aktualnych orzeczeń.

Dla doświadczonego kolekcjonera, który ma w szafie kilka sztuk broni z lat 1885–1900, rządowy projekt jest potencjalnie największą szansą. Jeśli granica przesunie się do 1900 roku, część jego broni przestanie wymagać pozwolenia — a to oznacza mniejsze koszty, mniej formalności i więcej swobody.

Kapiszon jako metafora

W czarnoprochowej broni kapiszon to jednorazowy element: po wystrzale wypada z zamka i trzeba go zdjąć, by zabrać broń na przechowanie. Tak samo jest z pozwoleńskim systemem w Polsce — każda zmiana ustawowa to jakby nowy kapiszon na tym samym zamku. Broń ta sama, mechanizm ten sam, ale sposób zapłonu się zmienia.

Trzy projekty nowelizacji to trzy różne kapiszony. Który z nich zostanie naftykany na zamek — zależy od tego, który projekt przejdzie przez sejmowe komisje i dostanie podpis prezydenta. A póki co, na strzelnicy pachnie prochem, a w ustach posłów — jeszcze nie.

Czytajcie, komentujcie, podzielcie się swoją opinią w komentarzach: który z projektów uważacie za najbardziej korzystny dla środowiska czarnoprochowego? A może żaden?

Pedersoli Boarbuster Apocalypse: Rewolucja w świecie broni czarnoprochowej

Świat broni czarnoprochowej od lat pozostawał w komfortowej strefie tradycji. Rewolwery kapiszonowe, karabiny przedzaładunkowe, a teraz — wreszcie — karabiny powtarzalne z zamkiem ładowanym przez ramię. To były bronie, które nie zmieniały się od ponad wieku. Aż do teraz.

Pedersoli odchodzi od tradycji

Włoski producent Davide Pedersoli, znany z rewelacyjnych reedycji broni z XIX wieku, przedstawił w 2025 roku broń, która pod wieloma względami łamie schemat. Boarbuster Apocalypse to karabin powtarzalny z zamkiem ładowanym przez ramię (lever-action), ale nie taki, jakiego byście się spodziewali. To połączenie ducha starego Zachodu z estetyką steampunk i nowoczesnymi rozwiązaniami taktycznymi.

W odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na karabiny typu „tactical” w formie lever-action, Pedersoli postanowiło stworzyć coś, co wyróżnia się na tle konkurencji. Nie po prostu kolejną „nowoczesną” wersję klasycznego modelu, lecz broń o odważnym, dystopijnym charakterze, która łączy w sobie tradycję i nowoczesność w sposób, jakiego wcześniej nie widzieliśmy.

Specyfikacja, która zaskakuje

Boarbuster Apocalypse jest dostępny w jednym, a zarazem najbardziej uniwersalnym kalibrze: .45-70 Government. To kaliber, który od czasów Dzikiego Zachodu jest synonimem mocy i niezawodności. Lufa ma długość 17 cali (ok. 43 cm) i jest gwintowana (5/8×24), co oznacza, że można na nią zamontować tłumik lub inny przyrząd wylotowy — coś, co do niedawna było rzadkością w broni czarnoprochowej, a dziś staje się standardem.

Ładownik tubowy mieści 5 nabojów, a dodatkowy nabój mieści się w komorze zamka — w sumie 5+1. To klasyczna pojemność lever-action, ale Pedersoli dodało coś, co wcześniej nie istniało w tym segmencie: szynę Picatinny na zamku, do montażu celowników optycznych lub celowników otworkowych z oświetleniem.

Zamki, lufa, bęben i pozostałe elementy metalowe są pokryte specjalnym powłoką Cerakote o efekcie miedzi. To nie tylko kwestia estetyki — Cerakote to ceramiczna powłoka, która zapewnia doskonałą ochronę przed korozją i zużyciem, a jednocześnie nadaje broni wyjątkowy, „zużyty” wygląd, idealnie pasujący do dystopijnego charakteru tego modelu.

Ergonomia na nowo

Zarówno kolba jak i ramię (forend) wykonane są z wytrzymałego technopolimeru, ale Pedersoli nie poprzestało na plastiku. Do obu elementów dodano ręcznie szyte wstawki z naturalnej skóry, które nie tylko poprawiają chwyt, ale i nadają broni rzemieślniczy charakter. Kolba posiada regulowaną podpórkę policzka, pokrytą skórą, co pozwala dopasować pozycję strzału do sylwetki strzelca.

Ramię (forend) jest kompatybilne z systemem M-LOK, co oznacza, że można na nim montować akcesoria — latarki, celowniki laserowe, uchwyty boczne. To rozwiązanie, które dotychczas spotykaliśmy głównie w broni taktycznej z zamkiem półautomatycznym, a nie w klasycznym lever-action. Pedersoli udowodniło, że tradycja i nowoczesność mogą iść w parze.

Kim jest Boarbuster Apocalypse?

Model ten jest przeznaczony dla strzelców, którzy cenią sobie moc i niezawodność .45-70, ale jednocześnie chcą broń, która wyróżnia się na strzelnicy. To broń dla myśliwych łowiących duże zwierzęta, dla pasjonatów Dzikiego Zachodu, którzy nie boją się odrobinę „odjechanej” estetyki, a także dla strzelców sportowych szukających czegoś wyjątkowego.

Waga broni to około 3,45 kg (ok. 7,6 funta), co jest w pełni typowe dla karabinu tego typu. Całkowita długość to 97 cm (ok. 38 cali), co sprawia, że Boarbuster Apocalypse jest poręczny, ale nie „kieszonkowy” — to broń do strzelania z pozycji siedzącej lub leżącej, a nie do zabierania na co dzień.

Dlaczego to ważne?

Boarbuster Apocalypse to nie tylko kolejny nowy model w ofercie Pedersoli. To sygnał, że producentzy broni czarnoprochowej poważnie traktują współczesne oczekiwania strzelców. Coraz więcej osób chce broń, która wygląda jak z XIX wieku, ale ma rozwiązania z XXI stulecia — szyny, gwinty, nowoczesne powłoki, kompatybilność z akcesoriami.

Pedersoli, zamiast ignorować ten trend, postanowiło go przyjąć i wypreparować do granic możliwości. I tak powstała broń, która jest jednocześnie klasyczna i odważna, tradycjonalna i nowoczesna, prosta w obsłudze, ale pełna detali, które sprawiają, że nie da się jej pomylić z żadną inną.

Podsumowanie

Pedersoli Boarbuster Apocalypse to karabin, który przyciąga wzrok jeszcze zanim się do niego zbliży. To broń dla tych, którzy chcą strzelać mocnym, tradycyjnym kalibrem .45-70, ale nie boją się odrobinę „odjechanej” estetyki. Jeśli szukasz czegoś, co wyróżni się na strzelnicy, co sprawdzi się w polu, a jednocześnie będzie piękne na półce — Boarbuster Apocalypse jest wart rozważenia.

Czy to broń dla każdego? Na pewno nie. Ale dla tych, którzy cenią sobie połączenie tradycji i nowoczesności, dla tych, którzy chcą coś wyjątkowego, a nie kolejną „standardową” broń czarnoprochową — to może być dokładnie to, czego szukali.

A co Wy sądzicie o Boarbuster Apocalypse? Czy taka „nowoczesna” estetyka pasuje do tradycji broni czarnoprochowej, czy raczej zabija jej urok? Dajcie znać w komentarzach — chętnie poczytam Wasze opinie.

Początki broni palnej w Polsce. Od piszczela po bombardę — czasy Ludwika Węgierskiego, Jagiełły i Warneńczyka

Początki broni palnej w Polsce. Od piszczela po bombardę — czasy Ludwika Węgierskiego, Jagiełły i Warneńczyka

Zanim pierwszy kapiszon nie zapłonął w twojej dłoni, minęło ponad sześćset lat od dnia, w którym nad Pyzdrami rozległ się pierwszy, daleki wybuch polskiego działa. Historia broni czarnoprochowej w Polsce zaczyna się na przełomie XIV i XV wieku — w cieniu panowania Ludwika Węgierskiego, a właściwie rozkwita za Władysława Jagiełły i Władysława Warneńczyka — i jest opowieścią, w której można znaleźć niemal wszystko: od krótkich, drewniano-spiżowych piszczeli po wielkie, listwowe bombardy strzelające kamieniami wielkości ludzkiej głowy.

Spójrzmy na to jak na ewolucję, którą znamy z naszych stanowisk strzeleckich, tylko przesuniętą w czasie o pięć stuleci. Od najprostszej lufy na kiju, przez hakownicę, arkebuz i bandolet, po działa listwowe — a na marginesie, w innym stuleciu i na innym froncie — po słynne kozackie skórzaki. Każdy z tych typów broni ma swoje miejsce w kronikach, w inwentarzach zamkowych i — co najważniejsze dla nas, rekonstruktorów i pasjonatów — w zbiorach muzealnych, które można dotknąć.

Proch, który zapalił wszystko

Proch czarny
Proch czarny

Żeby zrozumieć broń palną, trzeba najpierw zrozumieć proch. Czarny proch strzelniczy — zwany też dymnym, strzelniczym lub zwykłym — jest najstarszym i najlepiej poznanym materiałem miotającym w dziejach ludzkości. Wśród historyków wojskowości do dziś nie ma zgodności co do jego dokładnego pochodzenia, ale powszechnie przyjmuje się, że pojawił się w Chinach około połowy IX wieku, jako nieplanowany efekt prac alchemików dynastii Tang poszukujących eliksiru nieśmiertelności. Podstawowymi składnikami są trzy: azotan potasu (saletra potasowa), węgiel drzewny i siarka.

Proporcje tych trzech składników nie były jedne. W XVI i XVII wieku w Rzeczypospolitej nie było jednego gatunku prochu o jednolitym składzie — słynny wenecki inżynier wojskowy Andrzej dell’Aqua rozróżniał cztery rodzaje prochu, a równie znany ekspert Kazimierz Siemienowicz — trzy. Grubość ziaren prochu zależała od typu broni: do broni ręcznej używano prochu drobnoziarnistego, do dział — gruboziarnistego.

W celach militarnych Europejczycy zaczęli używać prochu w XIII wieku. W Europie Środkowej — a więc i na ziemiach polskich — broń palna dociera później, bo w połowie XIV wieku. Ręczna broń palna pojawiła się w Europie najpóźniej właśnie wtedy, a konstrukcyjnie była jeszcze bardzo niedoskonała: krótkie żelazne lub spiżowe lufy osadzano na ockach — czyli drewnianych łożach, które służyły jednocześnie jako podpórka i uchwyt.

Produkcja prochu na skalę przemysłową była jednym z najważniejszych przemysłów średniowiecza. Prochownie — czyli place, gdzie mieszano saletrę, węgiel i siarkę — musiały stać z dala od zabudowań, bo zapach siarki i wybuchowość mieszaniny groziły pożarem całego miasta. W Polsce pierwsze prochownie powstały przy zamkach królewskich, a później w większych miastach: Krakowie, Lwowie, Toruniu. Każdy puszkarz, który odlewał lufy, miał przy sobie własnego prochnika — czyli człowieka, który przygotowywał proch na zamówienie.

Kwestia pierwszej wzmianki o zastosowaniu prochu w Polsce jest sprawą dyskusyjną i nie do końca jasną — wiąże się z początkami artylerii ogniowej. Ale jedno jest pewne: kiedy ta broń się pojawiła, zrobiła to nagle i bezceremonialnie, bo proch nie znał heraldyki.

Jak działał proch?

Mechanizm jest prosty, ale wymaga wyjaśnienia dla tych, którzy nie mają wykształcenia chemicznego. Kiedy saletra, węgiel i siarka są wymieszane w odpowiednich proporcjach i podpalone, dochodzi do reakcji utleniania: saletra oddaje tlen, węgiel się spala, siarka obniża temperaturę zapłonu. W efekcie powstają gazy, które rozprężają się z ogromną siłą. W zamkniętej przestrzeni lufy te gazy pchają pocisk z prędkością, która zależy od ilości prochu, kalibru i masy pocisku.

To właśnie dlatego kaliber był tak ważny: im większy kaliber, tym więcej prochu potrzeba, by pocisk wystrzelić, ale też tym większą siłę rażenia pocisk ma. Działo kalibru 10 cm potrzebowało znacznie więcej prochu niż piszczel kalibru 1,5 cm — ale też miało znacznie większy zasięg i siłę rażenia.

Proch a warunki atmosferyczne

Proch był bardzo wrażliwy na wilgoć. Mokry proch nie palił się, albo palił się źle — przez co broń mogła nie wystrzelić, albo wystrzelić z mniejszą siłą. Dlatego żołnierze nosili proch w suchych, skórzanych futerałach, a w obozie proch przechowywano w suchych, zadaszonych magazynach. W deszczu strzelanie było utrudnione — nie tylko dlatego, że proch się moczył, ale też dlatego, że lont (czyli płonąca sznurka) gasł.

To jeden z powodów, dla których zamek skałkowy — który pojawił się w XVII wieku — był tak rewolucyjny: nie wymagał lontu, tylko płaskiego kawałka krzemienia, który uderzając o staliwkę, dawał iskrę do prochu. Deszcz nie miał na niego tak dużego wpływu jak na lont.

Puszkarz — zawód, który stworzył armię

Zanim powstała pierwsza lufa, musiał powstać człowiek, który ją odleje. Tym człowiekiem był puszkarz — odlewnik, który specjalizował się w broni palnej. Puszkarz nie był zwykłym kowalem: znał się na stopach miedzi (spiżu, mosiądzu), na formach odlewniczych, na kształcie lufy i na tym, jak duże ciśnienie wytrzyma ścianka.

Praca puszkarza wyglądała tak: najpierw wykonywano formę — najczęściej z gliny lub drewna, w której wylewano stopiony metal. Lufę odlewano w kilku częściach: komora prochowa, przewód i wylot — a następnie spawano je lub klecono. W przypadku broni ręcznej (piszczeli, hakownic) lufę osadzano w drewnianym łożu — albo wkładano w nie (łoże nakładkowe), albo owijano drewnem (łoże obciągowe).

Puszkarze byli cennym zasobem — królowie przywozili ich do miast, a miasta płaciły im za każdą odlaną lufę. W 1397 roku Jagiełło przywiózł do Lwowa puszkarza wraz z działami i sześcioma beczkami prochu — to nie był przypadek, bo puszkarz był kluczową postacią, która mogła lokalnie produkować broń. W Prusach Zakon Niemiecki prowadził szczegółowe księgi, w których zapisywał każdego puszkarza i jego obowiązki.

Warto wspomnieć o tym, że puszkarz nie odlewał tylko luf. Odlewał też pociski — kule kamienne, żelazne, ołowiowe — oraz elementy armat: koła, osie, łoża. Cały system produkcji broni palnej opierał się na pracy puszkarza i jego warsztatu.

Pierwszy wybuch nad Pyzdrami

Pierwsza poświadczona źródłowo wzmianka o broni palnej użytej w Polsce pochodzi z oblężenia Pyzdr w 1383 roku. Kronika Janka z Czarnkowa opisuje, jak w trakcie walk między Grzymalitami i Nałęczami wystrzelono z działka spiżowego kamień, który przeleciał przez dwie bramy i ugodził proboszcza z Biechowa, Mikołaja, który zginął na miejscu. Część historyków datuje tę pierwszą wzmiankę na rok 1382 — w każdym razie na przełom rządów Elżbiety Łokietkówny i jej syna, króla Ludwika Węgierskiego.

To ważne, żeby tę wzmiankę dobrze odczytać. Nie mówi ona, że broń palna „pojawiła się” wtedy. Mówi, że była już na tyle znana, by stosować ją w polu — że puszkarze, którzy ją wyprodukowali, mieli już klientów, a żołnierze, którzy ją obsługiwali, już wiedzieli, jak się jej używa. Wyrobem tych pierwszych broni zajmowali się puszkarze, a lufy odlewano ze spiżu — stopu miedzi z cyną, odpornego na korozję i ścieranie, znacznie trwalszego niż żelazo.

Niektórzy badacze przypuszczają, że pierwsze działa mogły służyć jeszcze za czasów Kazimierza Wielkiego, choć to hipoteza bez mocnych dowodów źródłowych. Właśnie w tym czasie — w połowie XIV wieku — ręczna broń palna dociera do Europy Środkowej, a wraz z nią do królestwa, w którym Piastowie właśnie kończą swoje panowanie.

Ludwik Węgierski — broń palna w cieniu unii

Ludwik Andegaweński, zwany też Węgierskim lub Wielkim, był królem Węgier od 1342 roku, a od 17 listopada 1370 roku — królem Polski. Objął polski tron po śmierci Kazimierza Wielkiego, swojego wuja, i został koronowany w katedrze wawelskiej. Dla dziejów broni palnej jego panowanie to w dużej mierze tło: Polska wchodziła w okres, w którym nowa broń przestawała być ciekawostką, a stawała się elementem wyposażenia załóg zamkowych i miejskich.

Ludwik nigdy się dobrze nie nauczył polskiego, a po koronacji szybko opuścił Koronę, pozostawiając rządy najpierw matce Elżbiecie Łokietkównie, a potem namiestnikom. W 1374 roku wydał przywilej koszycki, na mocy którego szlachta polska została zwolniona z podatku gruntowego, a dziedziczyć polski tron mogła jedna z jego córek. W 1381 roku przywilej ten rozszerzono również na duchowieństwo.

Dlaczego w ogóle wspominamy o Ludwiku w kontekście broni palnej? Bo to za jego panowania, w tym ostatnim dwudziestoleciu XIV wieku, nowa broń przechodzi z fazy egzotyki do fazy wyposażenia. Zamki, które Kazimierz Wielki budował w całej Polsce, dostawały do arsenałów pierwsze spiżowe lufy. Mieszczanie kupowali piszczele na obronę miejską. A w tym samym czasie — w sąsiednim państwie Zakonu Krzyżackiego w Prusach — zakonnicy prowadzili szczegółowe księgi rachunkowe, w których zapisywali każdą kupioną puszkarz, każdy beczek prochu i każdy pocisk.

To właśnie te zakonne inwentarze i Tresslerbuch (księga rachunkowa skarbnika Zakonu z lat 1399–1409) są dziś bezcennym źródłem do dziejów broni palnej w Prusach. Dzięki nim wiemy, że już w 1408 roku w Prusach odlano wielką puszkę mającą przewyższać rozmiarami działa znane w krajach ościennych, a w 1413 roku ratusz Elbląga dysponował własnym zapasem broni palnej. Badacz M. Toeppen, który w 1868 roku opublikował pierwszą syntezę na ten temat, oparł się właśnie na tych źródłach.

W Polsce takich zapisów mamy mniej — kronikarze nie byli księgowymi. Ale to, co mamy, wystarczy, żeby namalować ogólny obraz: broń palna za Ludwika Węgierskiego była już obecna, ale wciąż marginalna. Prawdziwy rozkwit miał nadejść z następnym stuleciem.

Piszczel — broń, którą można dotknąć

Piszczel z Mierzei Kurońskiej (Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie)

Piszczel to najstarszy i najprostszy typ ręcznej broni palnej, który znamy z polskich zbiorów. Nazwa ma rodowód staropolski i nawiązuje do kształtu broni — krótkiej lufy osadzonej na długiej, wąskiej kolbie drewnianej. Stąd też inne nazwy, które spotkasz w źródłach: rusznica, ręczna puszka (od niemieckiego Handbuchse) i kij — nazwa bezsprzecznie nawiązująca do kształtu broni.

Konstrukcyjnie piszczel to krótka, małokalibrowa lufa — okrągła lub wielokątna w przekroju — z pogrubioną komorą prochową i wylocem. Do takiej lufy doczepiano drewniane łoże na dwa zasadnicze sposoby: albo mocowano lufę we wgłębieniu drewnianego klocka (tzw. łoże nakładkowe), albo owijano lufę drewnem, tworząc jednoczęściowy element (tzw. łoże obciągowe). Za piszczele uważa się broń o długości lufy 20–30 cm i kalibrze 1,5–2,0 cm.

Najstarszy piszczel w polskich zbiorach pochodzi z przełomu XIV i XV wieku. Znaleziono go w 1871 roku na Mierzei Kurońskiej, w pobliżu dzisiejszego litewskiego Juodkrantė, i trafił do zbiorów Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Lufa jest krótka, spiżowa, a część denna — czyli miejsce łączenia z trzonem — ma liczne zagłębienia będące efektem niestarannego procesu odlewania. Do tego samego zbioru należy hakownica z herbem Lwowa — o tym za chwilę.

Równie cenny, choć z nieco późniejszej epoki, jest fragment lufy ręcznej broni palnej odkopany w 2011 roku na terenie zamku w Kruszwicy. To trapezowaty ułamek odlany ze stopu miedzi o odcieniu złotawego mosiądzu, najprawdopodobniej pozostałość po lufie, która pękła podczas wystrzału. Zachowany fragment ma długość 4,4 cm, szerokość 4,0 cm, grubość ścianki 1,6 cm, średnicę przewodu lufy (kaliber) 1,5–1,6 cm i waży 116 gramów. Na powierzchni widać wielokierunkowe pasma zarysowań powstałe w wyniku stosowania pilnika użytego do końcowej obróbki odlanej lufy.

Do piszczeli i hakownic proch podawało się przez otwór prochowy — najpierw wiercony centralnie na grzbietowej części lufy, co utrudniało celowanie, bo płomień z lufy opalał twarz strzelca. Z czasem otwór ten przesunięto na bok, tak by płomień dobywał się bokiem, a nie wprost w twarz obsługującego. To mała zmiana, ale z punktu widzenia wygody i przeżywalności strzelca — ogromna.

Piszczel a hakownica — różnica

Czym się piszczel różni od hakownicy? Długością lufy i masą. Piszczel miał lufę 20–30 cm i ważył 1–2 kg — mógł go obsłużyć jeden człowiek. Hakownica miała lufę 50–70 cm i ważyła 5–10 kg — wymagała podpórki (haka) i często dwóch osób. Zasięg piszczela był krótszy — 50–100 metrów — ale w zamian był bardziej poręczny i mógł być używany na koniu.

W praktyce oba typy broni były używane równolegle: piszczele przez piechotę i lekką jazdę, hakownice przez załogi zamkowe i miejskie, które strzelały z okien i nadbramii. To nie była broń do walki w polu — to była broń do walki z fortyfikacjami i do obrony.

Hakownica — krok dalej w stronę porządku

Hakownica
Hakownica

Obok piszczela w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego znajduje się hakownica z połowy XV wieku — już znacznie bardziej dopracowana. Spiżowa lufa kalibru 15 milimetrów mierzy ponad 62 centymetry, jest ośmiokątna w przekroju i ma hak u spodu, służący do opierania broni o umocnienie, wał lub ścianę przy celowaniu. Na wylocie lufy widoczne są sygnatury: dwa lewki oraz gmerki rzemieślnicze — czyli znaki odlewnika lub warsztatu, który broń wykonał.

To już nie broń piechura z dalekim zasięgiem, ale solidna, wojskowa rzecz. Hakownica to pośrednik między piszczelem a arkebuzem — dłuższa, cięższa, bardziej precyzyjna, ale wciąż wymagająca podpórki i dwóch rąk. Hak u spodu lufy pozwalał strzelcowi „wbić” broń w ziemny okop lub kamienny parapet, co stabilizowało strzał.

Arkebuz — broń, która zmieniła piechotę

Arkebuz
Arkebuz

Arkebuz pojawił się pod koniec XV wieku jako lżejsza i poręczniejsza alternatywa dla prymitywnych hakownic i późniejszych ciężkich muszkietów. Z czasem stał się podstawowym uzbrojeniem oddziałów jazdy — arkebuzerów. Początkowo nazwą tę określano broń palną z prostą kolbą przypominającą uchwyt kuszy — bo właśnie z kuszy arkebuz czerpie swoją formę kolby: prostą, bez zagięcia, zakończoną grzybką.

Polski kontekst jest tu bogaty: za panowania ostatnich Jagiellonów arkebuzy były już standardem, a Muzeum Wojska Polskiego posiada w zbiorach arkebuzy z zamkiem lontowym, które można zobaczyć w akcji podczas pokazów historycznych. Zamek lontowy — czyli taki, w którym iskrę do prochu dawało się podając lont (czyli płonącą sznurkę) do panewki — oraz zamek kołowy (w którym lufa obracała się wokół osi, a lont prowadzono w specjalnym rowku) to dwie podstawowe konstrukcje zamka z tej epoki.

Arkebuz z zamkiem lontowym wymagał obsługi dwuosobowej: jeden żołnierz trzymał broń, drugi podawał lont. Zamek kołowy był prostszy — strzelec sam obracał lufę i odpalał lont — ale był też mniej precyzyjny. Dopiero zamek skałkowy, który pojawił się w XVII wieku, uproszczył obsługę do jednej osoby.

Zamek lontowy vs zamek kołowy

Zamek lontowy działał tak: żołnierz trzymał lont (czyli płonącą sznurkę) w ręku i podchodził z nim do panewki — małego miseczki, do której wsypywano porcję prochu. Kiedy lont dotykał prochu, iskra zapalała proch, a proch zapalał ładunek w komorze. Problem? Lont musiał cały czas być płonący — a więc żołnierz musiał go trzymać w ręku, a deszcz mógł go zgasić.

Zamek kołowy był prostszy: lufa obracała się wokół osi, a lont prowadzono w specjalnym rowku. Strzelec nie musiał trzymać lontu w ręku — tylko obracał lufę i odpalał lont. Był prostszy w obsłudze, ale też mniej precyzyjny — bo obrót lufy mógł zmienić trajektorię pocisku.

Oba zamki były używane równolegle w XV i XVI wieku. Zamek lontowy dominował w piechocie, zamek kołowy — w jeździe. Dopiero w XVII wieku zamek skałkowy (krzemienicowy) przejął palmę pierwszeństwa — bo upraszczał obsługę do jednej osoby i nie wymagał lontu.

Bandolet — arkebuz jeździecki, który zmienił kawalerię

Bandolet to broń palna przeznaczona dla jazdy — skrócona, lekka wersja arkebuzownika, którą można było obsłużyć z konia. Nazwa wiąże się z bandolierem, czyli szerokim pasem skórnym lub parcianym, przez który przewieszano broń i ładownice z prochownicami.

Dlaczego w ogóle powstał bandolet? Bo arkebuz i muszkiet nie dały się nabić z konia — były zbyt długie, a do przetkniecia lufy wyciorem potrzebne były obie ręce. Strzelec konny, który musiał się zatrzymać, by nabić broń, był bezbronny. Dlatego już w XVI wieku specjalnie z myślą o jeźdźcach opracowano broń o skróconej lufie, z prostym i wygodnym zamkiem kołowym, a później — w XVII wieku — z zamkiem skałkowym.

Bandolet był lżejszy od arkebuzownika, miał krótszy zasięg, ale za to można było go nabić i strzelić, nie schodząc z konia. To właśnie ta cecha sprawiła, że w XVII wieku bandolety i karabiny stały się podstawowym uzbrojeniem kozackiej i polskiej jazdy. Wykopaliska na polu bitwy pod Beresteczkiem (1651) potwierdzają: Kozacy używali mało broni palnej przeznaczonej do walki z konia, ale te, które mieli, to właśnie były skrócone arkebuzowe konstrukcje.

Beczki, bombardy i armaty listwowe — ciężka broń palna

Ciężka broń palna — działa — to osobny, wielki rozdział. W polskiej tradycji „beczka” to określenie na rodzaj armaty listwowej, czyli działa, którego lufa składała się z listew żelaznych lub drewniano-żelaznych, opasanych stalowymi pierścieniami. Taka konstrukcja była tańsza niż odlew całych luf ze spiżu lub żeliwa, ale miała poważną wadę: lufa była podatna na pęknięcia i eksplozje, bo listwy mogły się rozjechać pod ciśnieniem gazów prochowych.

Pod Grunwaldem w 1410 roku polska armia posiadała około 60 armat — ogromną liczbę na owe czasy — i choć w samej bitwie artylerii nie użyto, to podczas oblężenia Malborka bombardy i hufnice okazały się bardzo skuteczne. To właśnie te listwowe działa — bombardy i hufnice, których lufy składały się z listew opasanych stalowymi pierścieniami — były podatne na pęknięcia i eksplozje, ale w warunkach oblężenia, gdzie celował się w mury, a nie w ludzi, ta wada nie była tak istotna.

Jedno takie działo — bombarda z 1409/1410 roku — przetrwało do naszych czasów. Wykopano ją w 1914 roku w ruinach zamku w Kurzętniku, a dziś można ją oglądać na zamku w Kwidzyniu. Staranność odlewu widać po oryginalnej dekoracji, w tym postaci siedzącej Madonny. To jedno z nielicznych polskich dział z epoki jagiellońskiej, które przetrwały — i jedno z najcenniejszych.

Litwini bardzo dbali o swoją artylerię, ale to w Polsce wytwarzano większość armat i amunicji. Ludwisarnie — czyli odlewnie — działały prężnie w Krakowie i Lwowie, a przemysł metalowy rozwijał się w Lublinie, Olkuszu, pod Myślenicami, Wolborzem i Bochnią. Książę Witold miał na swoim zamku w Trokach 15 dział, w tym jedną bombardę strzelającą pociskami wielkości ludzkiej głowy.

Rodzaje dział — co oznaczały te nazwy?

W źródłach średniowiecznych spotkamy różne nazwy dział, które dziś są już archaiczne: bombard, hufnica, rusznica, puszka, działa. Co one oznaczały?

  • Bombarda — duże działo, strzelające pociskami o kalibrze 8–15 cm. Była używana głównie do oblężenia i obrony zamków. Bombarda z Kurzętnika to właśnie taki typ.
  • Hufnica — średnie działo, strzelające pociskami o kalibrze 5–8 cm. Była lżejsza od bombardy i mogła być używana w polu.
  • Rusznica — w źródłach średniowiecznych to często określenie na broń ręczną (piszczel, hakownica), ale też na lekkie działo.
  • Puszka — określenie ogólne na broń palną, zarówno ręczną, jak i ciężką.
  • Działo — określenie ogólne, ale w inwentarzach zwykle oznaczało ciężką broń palną.

Te nazwy nie były jednolite — zależały od regionu, epoki i autora dokumentu. Dlatego przy lekturze źródeł trzeba zawsze zwracać uwagę na kontekst: „bombarda” w inwentarzu z 1409 roku może oznaczać coś innego niż „bombarda” w inwentarzu z 1450 roku.

Jagiełło — budowa armii ogniowej

Władysław Jagiełło, który w 1386 roku wstąpił na tron polski, korzystał z dział już wcześniej — m.in. podczas walk ze swoim stryjem Kiejstutem o litewski tron. Znajomość tej broni pomogła mu potem w wojnie z Zakonem Krzyżackim, która zaczęła się w 1409 roku.

Jagiełło systematycznie zaopatrywał większe miasta w broń palną. W 1397 roku przywiózł do Lwowa puszkarza wraz z działami i sześcioma beczkami prochu — to jedna z najwcześniejszych wzmianek o zorganizowanym transporcie prochu w Polsce. Działa, które Jagiełło używał, były już nie tylko listwowe: odlewano je też ze spiżu, a od 1409 roku — z żeliwa, co pozwalało na grubsze ścianki i większe ciśnienie prochowe.

Kampania 1410 roku — Grunwald i oblężenie Malborka — była pierwszym wielkim testem polskiej artylerii. Polacy posiadali około 60 armat, a po wygranej wojnie wszystkie działa krzyżackie przeszły w ręce Korony. To nie był mały łup: Zakon Krzyżacki, który przez kilkadziesiąt lat gromadził broń palną, został po Grunwaldzie niemal rozbrojony.

Warto przyjrzeć się bliżej temu, co znaczyły te 60 armat. Dla porównania: armia krzyżacka, którą pokonano pod Grunwaldem, liczyła około 20 tysięcy żołnierzy, z czego 250 było zakonnych rycerzy w białych płaszczach z czarnym krzyżem. Polska i litewska armia liczyła około 35 tysięcy żołnierzy. W takiej sytuacji 60 dział to nie była marginalna liczba — to było poważne wsparcie ogniowe, które mogło siać spustoszenie w szykach piechoty i łamać formacje kawalerii.

Polacy jednak w samej bitwie pod Grunwaldem artylerii nie użyli — wykorzystali ją dopiero podczas oblężenia Malborka, gdzie bombardy i hufnice okazały się bardzo skuteczne w niszczeniu murów. To typowa taktyka średniowieczna: artylerię używało się do walki z fortyfikacjami, a nie z ludźmi. Piechota i kawaleria miały swoje broń, a działa miały swoje zadanie — miały łamać mury.

Po Grunwaldzie polska artyleria nie stała w miejscu. W kolejnych latach prowadzono spisy dział, które znajdowały się w zamkach i miastach. To właśnie te inwentarze — prowadzone przez skarbca królewskiego i kasztelanów — pozwalają nam dziś odtworzyć stan uzbrojenia polskich załóg. Niestety, wiele z tych dokumentów nie przetrwało, ale te, które są, dają obraz systematycznej rozbudowy parku artyleryjskiego.

Grunwald — dlaczego artyleria nie strzelała?

To pytanie, które pojawia się przy każdej wzmiance o bitwie pod Grunwaldem. Dlaczego 60 dział nie strzelało do krzyżaków? Odpowiedź jest bardziej prozaiczna niż heroiczna.

Po pierwsze, artylerię rozmieszczono na skrajach formacji — po lewej i prawej stronie polskiej armii — ale nie w centrum, gdzie stały główne siły. To oznaczało, że działa miały za zadanie osłaniać skrzydła, a nie atakować czołowo. Po drugie, polscy dowódcy — Jagiełło i Zawisza Czarny — nie chcieli ryzykować, że działa zostaną odcięte od reszty armii, jeśli krzyżacy przełamią skrzydła.

Po trzecie, sama taktyka polska opierała się na zderzeniu kawalerii: polscy i litewscy rycerze mieli uderzyć na krzyżaków w centrum, a piechota — na skrzydłach — miała trzymać formację. Artyleria była w tym planie elementem wspierającym, a nie głównym.

Dopiero podczas oblężenia Malborka — kiedy chodziło o łamanie murów, a nie o zderzenie kawalerii — artyleria wykazała swoją pełną wartość. Bombardy i hufnice bombardowały mury przez kilka dni, a potem piechota wdarła się do środka. To była klasyczna taktyka oblężnicza: najpierw ogień, potem szturmem.

Warneńczyk — broń palna na dwóch tronach

Władysław Warneńczyk, ostatni Jagiellon, objął polski tron w 1434 roku po śmierci ojca, a w 1440 roku został królem Węgier. Jego panowanie to okres, w którym broń palna przechodzi z fazy uzbrojenia uzupełniającego do fazy uzbrojenia głównego. Węgry za Warneńczyka były jednym z bardziej zaawansowanych ośrodków produkcji broni palnej w Europie Środkowej — a doświadczenia zdobyte w Polsce i na Litwie przenosiły się na Węgry wraz z samym królem.

Najważniejszą bitwą czasów Warneńczyka była bitwa pod Warną (1444), w której polsko-węgierska armia stoczyła nierówny bój z armią turecką. Warneńczyk poległ w tej bitwie, zostawiając po sobie krótkie, ale intensywne panowanie. Dla dziejów broni palnej ważniejsze niż sama bitwa jest to, że w połowie XV wieku — czyli w czasach Warneńczyka — ręczna broń palna zaczęła wypierać łuk i kuszę z pola bitwy.

W bitwie pod Wałohami (1448) polsko-węgierska armia używała arkebuzów i muszkietów — to właśnie wtedy, w połowie XV wieku, ręczna broń palna zaczęła wypierać łuk i kuszę z pola bitwy. Do końca XV wieku ręczna broń palna pozostawała jednak w Polsce orężem uzupełniającym, wyraźnie ustępując kuszy. Dopiero na przełomie XV i XVI stulecia nastąpił prawdziwy przełom.

Węgry za Warneńczyka były jednym z bardziej zaawansowanych ośrodków produkcji broni palnej w Europie Środkowej. Budapeszt, Buda i Peszt miały własne prochownie i odlewnie, a węgierscy puszkarze byli cenieni na dworach całej Europy. To właśnie węgierska produkcja broni palnej była jednym z powodów, dla których Warneńczyk mógł pozwolić sobie na rozbudowę armii — miał lokalne źródło zaopatrzenia.

Bitwa pod Warną — broń palna w boju z Turkami

Bitwa pod Warną (1444) to jeden z tych momentów w historii, gdzie broń palna spotkała się z tradycyjną bronią. Turecka armia — pod wodzą sułana Murada II — liczyła około 50 tysięcy żołnierzy, z czego 5000 było osmanami (elitarne oddziały). Polscy i węgierscy żołnierze liczyli około 25 tysięcy — w tym rycerze, piechota i artyleria.

Węgierska armia miała działa — ale ich liczba była znacznie mniejsza niż pod Grunwaldem. W bitwie artyleria nie odegrała decydującej roli: walka toczyła się w terenie, gdzie działa były ograniczone, a turecka kawaleria (spahowie) atakowała z zaskoczenia. Warneńczyk poległ w trakcie walki — i to nie od strzału z broni palnej, ale od tureckiej szabli.

Dla dziejów broni palnej ważniejsze od samej bitwy jest to, że po Warnie Węgry zaczęły intensywnie rozwijać swoją artylerię. Węgierskie odlewnie — w Budzie, Peszcie i w mniejszych ośrodkach — produkowały działa i ręczną broń palną, które trafiały na rynek europejski. To właśnie węgierska produkcja była jednym z czynników, które sprawiły, że broń palna w XV wieku stała się standardem europejskiej armii.

Skórzaki — broń z innego stulecia, ale z polskiego frontu

Skrzane armaty (skorzaki)
Skórzane armaty (skorzaki)

Wspominając o armatach, warto sięgnąć o dwa stulecia dalej — do XVII wieku i kozackiego frontu. Skórzak, nazywany też „skórzana armata” (szwedzkie Läderkanon), to lufa, w której cienka, stalowa lub spiżowa rura była owinięta warstwami skóry, uszczelnianej smołą i liny, a całość spięta metalowymi obręczami.

Pierwsze skórzane działa wprowadzili Austriacy lub ich szwajcarscy przeciwnicy, ale szeroko używała ich armia Gustawa Adolfa od 1627 roku. Były lżejsze i tańsze niż konwencjonalne działa żeliwne, a jednocześnie wystarczająco potężne, by niszczyć piechotę i kawalerię z średniego dystansu. Szwedzi w latach 1627–1632 dysponowali lekką, poręczną i odporną na warunki atmosferyczne armatą polową, która była jednocześnie wystarczająco potężna, by niszczyć piechotę i kawalerię, a nawet lekkie fortyfikacje ze średniego dystansu.

Szwedzkie skórzaki trafiły też na polski front: w bitwie pod Trzcianą w ręce żołnierzy hetmana Koniecpolskiego wpadła bateria dziesięciu takich dział. W 12 lipca 1629 roku wizytujący polską armię król Zygmunt III osobiście oglądał dwa takie działania zdobyte od Szwedów w Kwidzynie. Nieznany autor diariusza — prawdopodobnie ktoś z otoczenia królewicza Władysława — napisał: „Opatrywał Król J. Mść dwoje tu skórzanych dział, z tych które między innymi Szwedom wzięto w bitwie. Rura jest wewnątrz spiżana, odlewana cienko u dziury i w tyle miąższa, koło tej rury linę miąższą, usmaloną, gęsto okręcono, smołą po wierzchu oblewano i spajano, a nawierzchu na ostatek skórą wkoło obleczono. Jest machina sama wielkością równa dobremu polnemu działku, a tak lekka, że ją jeden i to lada jaki koń łacno ciągnąć może i tak strzelać, jako z prawdziwego spiżanego.”

Skórzaki miały poważną wadę: materiały wzmacniające konstrukcję działały jak izolator, nie pozwalając na wystarczająco szybkie rozpraszanie ciepła. Już po kilku strzałach broń była zbyt gorąca do użytku, a ciepło odkształcało rurę i drastycznie zmniejszało celność. Po zbyt intensywnym strzelaniu mogło dojść do uszkodzenia lufy nawet po ostygnięciu, przez co była podatna na pęknięcie i mogła poważnie ranić obsługę armaty i wszystkich dookoła. Jako broń polowa była bronią dość zawodną, przez co stawała się coraz mniej opłacalna. Zalecano strzelanie z kartaczy lub kul kamiennych, ponieważ były lżejsze i nie było potrzebne tyle ładunku prochowego.

Wraz ze śmiercią króla Szwecji Gustawa II Adolfa pod Lützen w 1632 roku skórzane armaty wyszły z użycia. Nie ma dowodów na przewiezienie i użycie tej broni przez Szwedów podczas działań w krajach niemieckich po 1630 roku.

Skórzak a armata listwowa — podobieństwa i różnice

Na pierwszy rzut oka skórzak przypomina armatę listwową — obie mają lufę, która nie jest odlewana jako całość, ale zbudowana z elementów. Różnica jest zasadnicza: armata listwowa to lufa z listew żelaznych lub drewniano-żelaznych opasanych stalowymi pierścieniami, a skórzak — to lufa z cienkiej rury metalowej owiniętej skórą i liny.

Armata listwowa była cięższa — bo listwy żelazne są cięższe niż cienka rura metalowa — ale też trwalsza. Skórzak był lżejszy i tańszy, ale podatny na przegrzanie i odkształcenia. Obie konstrukcje były używane równolegle: armaty listwowe w oblężeniach, skórzaki w polu.

To ważne, żeby nie mylić tych dwóch typów broni — bo w źródłach często pojawiają się mylące określenia. „Skórzana armata” to zawsze skórzak, a „armata listwowa” to beczka.

Kozacy i ich broń — margines, który ma znaczenie

Kozacy zaporoscy, choć formalnie nie należeli do Korony, byli od XVI wieku stałym elementem polskiego frontu wschodniego. Ich uzbrojenie — rusznice, arkebuzy i bandolety — było znacznie lżejsze od koronnego, ale dostosowane do warunków stepu i walki w taborze. Kozacy przechowywali broń palną w skórzanych futerałach, których szczątki znaleziono pod Beresteczkiem. Wielu z nich miało przy sobie podstawowe narzędzia do konserwacji broni — łyżki do lania kul, a także gotowe ładunki prochowe w papierowych tubkach, w których znajdowała się kula i starannie odmierzona porcja prochu.

Pod Beresteczkiem znaleziono też jedną szablę klasyfikowaną przez niektórych badaczy do nieznanego typu tzw. szabel kozackich. Ale co ciekawsze: w trakcie trzech lat wykopalisk znaleziono tylko szczątki jednego jedynego pistoletu, bez zamka, z lufą długą na 36 cm i o kalibrze 12 mm. To mówi wiele: Kozacy nie byli ludźmi broni palnej — byli piechurami, którzy walczyli zza umocnionych pozycji, a broń palna była dla nich narzędziem, nie tożsamością.

Tabor — forteca na kołach

Kozacki tabor — czyli umocniony obóz wozów — był jedną z najważniejszych form obronnych XVI i XVII wieku. Wozy ustawiano w kółko lub pierścień, a w środku mieściła się piechota, artyleria i zapasy. Z wozów strzelano z arkebuzów i bandoli — a artyleria (dysze, rusznice i lekkie działa) strzelała zza umocnień.

To w taborze kozackim broń palna znalazła swoje naturalne miejsce: nie na koniu, ale za wozem. Kozak nie był strzelcem konnym — był piechurem, który jeździł na koniu, ale strzelał zza umocnienia. To odróżniało go od polskiego arkebuzera, który strzelał z konia.

W bitwie pod Beresteczkiem (1651) — jednej z najkrwawszych bitew XVII wieku — tabor kozacki został rozbity przez wojska koronne i tureckie. W trakcie wykopalisk na polu bitwy znaleziono szczątki broni palnej, łyżki do lania kul i papierowe tubki z prochowymi ładunkami. To jedno z najbogatszych źródeł archeologicznych do dziejów broni palnej na polskim froncie wschodnim.

Inwentarze i spisy — co wiemy z papierów

Najcenniejszymi źródłami do dziejów broni palnej w Polsce i Prusach są inwentarze zamkowe i księgi rachunkowe. W Polsce mamy ich znacznie mniej niż w Prusach — Zakon Niemiecki prowadził księgowość z dokładnością, której polscy urzędnicy nie dorównywali.

W Prusach Tresslerbuch (księga rachunkowa skarbnika Zakonu z lat 1399–1409) zawiera szczegółowe wpisy o kupowanych działach, prochu, amunicji i opłatach puszkarzom. M. Toeppen, który w 1868 roku opublikował pierwszą syntezę na ten temat, oparł się właśnie na tych źródłach i sporządził sumaryczne zestawienia wydatków zakonnych związanych z bronią palną. Dzięki niemu wiemy, ile kosztowało działo, ile kosztował beczek prochu i ile płacili puszkarze.

W Polsce takich zestawień brak, ale zachowały się pojedyncze inwentarze. Na przykład inwentarz zamku w Kamieńcu Podolskim z epoki jagiellońskiej zawiera spis dział i ręcznej broni palnej, które znajdowały się na zamku. To właśnie dzięki takim dokumentom wiemy, że zamki miały własne arsenały i że broń palna była tam przechowywana w sposób systematyczny.

Kamieniec Podolski — zamek, który miał wszystko

Kamieniec Podolski — jeden z największych zamków w Europie Środkowej — był jednym z najważniejszych ośrodków produkcji i przechowywania broni palnej w Polsce. Zamek leżał na trasie handlowej do Azji, a jego arsenał był jednym z najlepiej zaopatrzonych w broń palną.

W inwentarzach zamku z epoki jagiellońskiej znajdziemy spisy dział, ręcznej broni palnej, prochu i amunicji. Działa były przechowywane w specjalnych kazamatach — podziemnych piwnicach, gdzie chroniono je przed wilgocią. Proch przechowywano w oddzielnych magazynach — z dala od broni, bo proch był wybuchowy.

Kamieniec był też jednym z ośrodków, gdzie działały ludwisarnie — odlewnie, w których odlewano działa i ręczną broń palną. Puszkarze z Kamieńca byli cenieni w całej Europie — ich produkcja była exportowana na Węgry, do Czech i do Niemiec.

Polska, Prusy, Węgry — porównanie

Żeby lepiej zrozumieć, jak wyglądała produkcja i wyposażenie w różnych państwach, warto porównać Polskę, Prusy i Węgry:

  • Polska — produkcja broni palnej była rozproszona: ludwisarnie w Krakowie, Lwowie, Kamieńcu Podolskim. Działa były odlewane ze spiżu i żeliwa, ręczna broń palna — ze spiżu. Puszkarze byli cennym zasobem, a ich produkcja była exportowana.
  • Prusy (Zakon Niemiecki) — produkcja była scentralizowana: Zakon miał własne odlewnie i prochownie. Działa były odlewane ze spiżu, ręczna broń palna — ze spiżu i żelaza. Księgi rachunkowe Zakonu są dziś cennym źródłem do dziejów broni palnej.
  • Węgry — produkcja była najbardziej zaawansowana: węgierskie odlewnie w Budzie, Peszcie i w mniejszych ośrodkach produkowały działa i ręczną broń palną, które trafiały na rynek europejski. Węgierscy puszkarze byli cenieni na dworach całej Europy.

Wszystkie trzy państwa używały tej samej technologii — czarnego prochu, odlewanych luf, zamków lontowych i kołowych. Różnica była w skali i organizacji: Prusy miały najlepiej udokumentowaną produkcję, Węgry — najbardziej zaawansowaną technologię, a Polska — najbardziej rozproszoną, ale równie efektywną.

Amunicja — kulki, które przetrwały

Do broni palnej potrzeba nie tylko lufy, ale i pocisku. W XIV i XV wieku pociski były wykonywane z kamienia (głównie do dział), żelaza i ołowiu (do broni ręcznej). Kulki kamienne do dział odlewano w formach, a kulki żelazne — kuto. Ołowiane kule do broni ręcznej odlewano w prostych formach.

W Polsce znaleziono liczne kulki kamienne — w tym na polach Grunwaldu, gdzie w 1968 roku odkopano kulki armatnie. To jedno z niewielu źródeł archeologicznych, które pozwala potwierdzić, że działa były tam używane. W Prusach bogate zbiory amunicji znaleziono w Malborku — Piotr Strzyż, łódzki archeolog, wykorzystał je do analizy kalibrów średniowiecznej broni palnej.

Jak nabić broń? — instrukcja z XV wieku

Proces naboju broni palnej w XIV i XV wieku był prosty, ale wymagał wprawy. Oto jak to wyglądało:

  1. Podanie prochu do lufy — proch wsypywano przez otwór prochowy (w przypadku hakownicy i piszczela) lub przez wylot (w przypadku arkebuzownika). Ilość prochu zależała od kalibru: do piszczela wsypywano 5–10 g, do hakownicy 20–40 g, do arkebuzownika 50–100 g.
  2. Włapanie pocisku — pocisk (kula) wkładano do lufy. W przypadku broni ręcznej była to ołowiana kula o średnicy dopasowanej do kalibru. W przypadku dział — kula kamienna lub żelazna.
  3. Przetkanie lufy wyciorem — wycior (czyli szczotka lub drut) służył do przetkniecia pocisku i prochu do dna lufy. W przypadku broni ręcznej robił to strzelec sam. W przypadku dział — dwa lub trzech żołnierzy.
  4. Odpalenie lontem — lont (czyli płonąca sznurka) podawano do panewki, gdzie zapalał proch, a proch zapalał ładunek. W przypadku zamka kołowego — strzelec sam obracał lufę i odpalał lont.

Cały proces trwał 30–60 sekund — w zależności od doświadczenia strzelca i warunków (deszcz, wiatr). To nie była szybka broń — ale w porównaniu z kuszą, która wymagała 10–20 sekund na strzał, była znacznie szybsza.

Gdzie można zobaczyć te bronie?

Jeśli chcecie zobaczyć na własne oczy, jak wyglądały piszczele, hakownice i arkebuzy z XIV i XV wieku, to oto lista miejsc:

  • Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie — piszczel z Mierzei Kurońskiej (przełom XIV/XV w.), hakownica z herbem Lwowa (połowa XV w.), arkebuz z zamkiem lontowym (XV/XVI w.).
  • Zamek w Kwidzynie — bombarda z Kurzętnika (1409/1410), jedno z nielicznych dział z epoki jagiellońskiej, które przetrwało.
  • Muzeum Narodowe w Krakowie — fragmenty ręcznej broni palnej z XIV/XV wieku.
  • Zamek w Malborku — zbiory amunicji (kulki kamienne, żelazne) z epoki jagiellońskiej.
  • Muzeum Zamojskie — zbiory broni palnej z XVI/XVII wieku.

Wszystkie te miejsca są otwarte dla publiczności, a część zbiorów jest prezentowana na wystawach stałych. Warto je odwiedzić — bo żadna ilość tekstu nie zastąpi dotknięcia prawdziwego piszczela.

Co po tym zostaje?

Do końca XV wieku ręczna broń palna pozostawała w Polsce orężem uzupełniającym, wyraźnie ustępując kuszy. Dopiero na przełomie XV i XVI stulecia nastąpił prawdziwy przełom — arkebuz i muszkiet zaczęły wypierać łuk i kuszę z pola bitwy.

Dziś, kiedy trzymasz w rękach piszczel z Mierzei Kurońskiej w zbiorach MWP, albo stoisz na stanowisku z arkebuzem, pamiętaj: to nie są repliki z plastiku. To technologie, które w 1410 roku strzelały kamieniami do murów Malborka, a w 1629 roku król Zygmunt III oglądał na własne oczy — zdobyte od Szwedów.

Jak zawsze — jeśli macie pytania, uwagi albo własne doświadczenia z bronią tej epoki, piszcie w komentarzach. To najlepsza okazja, żeby pogadać o tym, co łączy nasze stanowiska strzeleckie z polami Grunwaldu.

Ewolucja — od piszczela do arkebuzownika (1400–1500)

Żeby zrozumieć, jak szybko rozwijała się broń palna w XV wieku, warto spojrzeć na oś czasu:

  • 1400–1420 — piszczel i hakownica są podstawą ręcznej broni palnej. Działa listwowe są używane w oblężeniach.
  • 1420–1440 — arkebuz zaczyna pojawiać się w armii. Zamek lontowy staje się standardem.
  • 1440–1460 — arkebuz wypiera piszczel w piechocie. Hakownica zostaje w załogach zamkowych.
  • 1460–1480 — arkebuz i muszkiet są standardem. Zamek kołowy staje się popularny w jeździe.
  • 1480–1500 — bandolet dla jazdy. Zamek skałkowy zaczyna pojawiać się w Europie Zachodniej.

To nie była wolna ewolucja — to była eksplozja. W ciągu 100 lat broń palna przeszła od krótkiej lufy na kiju do pełnowymiarowego arkebuzownika z zamkiem. To tempo rozwoju jest porównywalne tylko z rozwojem technologii w XX wieku.

Dlaczego tak szybko? Bo broń palna dawała przewagę. Łuk i kusza wymagały lat treningu, by strzelec został dobry. Arkebuz wymagał tygodni. To oznaczało, że armia mogła szybko przeszkolić nowych żołnierzy i użyć ich w polu.

Podsumowanie — co warto zapamiętać

  • 1383 rok — pierwsza poświadczona wzmianka o użyciu broni palnej w Polsce (oblężenie Pyzdr).
  • Połowa XIV w. — ręczna broń palna dociera do Europy Środkowej.
  • Przełom XIV/XV w. — piszczel z Mierzei Kurońskiej, najstarszy zachowany egzemplarz w Polsce.
  • 1397 rok — Jagiełło przywozi do Lwowa puszkarza z działami i prochem.
  • 1409/1410 — bombard z Kurzętnika, jedno z nielicznych dział z epoki jagiellońskiej, które przetrwało.
  • 1410 rok — Grunwald, około 60 polskich armat, artyleria użyta podczas oblężenia Malborka.
  • Połowa XV w. — arkebuz wypiera łuk i kuszę, broń palna staje się standardem.
  • XVI w. — bandolet dla jazdy, zamek kołowy i skałkowy.
  • XVII w. — skórzaki, skórzane armaty, Trzciana 1629, Zygmunt III ogląda zdobyte działa.

Co dalej?

Kiedy skończymy pisać o broni palnej XIV i XV wieku, naturalnym kolejnym krokiem będzie XVI stulecie — czas, w którym arkebuz i muszkiet całkowicie wyparły łuk i kuszę, a zamek skałkowy uproscił obsługę broni do jednej osoby. Ale to już inna opowieść.

Na razie — jeśli macie pytania, uwagi albo własne doświadczenia z bronią tej epoki, piszcie w komentarzach. To najlepsza okazja, żeby pogadać o tym, co łączy nasze stanowiska strzeleckie z polami Grunwaldu.

Źródła

[1] https://www.historiaposzukaj.pl/wiedza,obiekty,1605,obiekt_reczna_bron_palna_ze_zbiorow_muzeum_wojska_polskiego_w_warszawie.html

[2] https://rcin.org.pl/Content/235296/WA308_272145_Fragment-poznosredniowie_I.pdf

[3] https://cyngiel.com.pl/historia-broni-palnej-w-polsce-cz1/

[4] http://bractwo.zlotykrzyz.pl/?artykul-1,38

[5] https://polska-zbrojna.pl/home/articleshow/23168

[6] http://dlibra.bg.ajd.czest.pl:8080/Content/3960/4.pdf

[7] https://maniecki.com.pl/skorzane-armaty/

[8] https://pl.wikipedia.org/wiki/Arkebuz

[9] https://wielkahistoria.pl/uzbrojenie-kozackiej-kawalerii-takim-orezem-dysponowala-jazda-zaporoska-na-poczatku-xvii-wieku/

[10] https://wielkahistoria.pl/uzbrojenie-kozakow-w-pierwszej-polowie-xvii-wieku-z-taka-bronia-zaporozcy-stawili-czola-wojskom-koronnym/