Uberti ożywia legendę: rewolwer Volcanic wraca po 170 latach

Gdy w 2026 roku na targach EOS w Wiedniu Uberti po raz pierwszy pokazało nowy rewolwer, po hali przetoczyło się prawdziwe „o, nie wierzę”. Bo to był Volcanic — pistolet, który w 1855 roku rozpalił całą rewolucję broni z kurkiem dźwigniowym, a którego reedycja czekała nas z zapowiedzią od dobrych kilku lat.Kto pamięta, czym był Volcanic, ten wie, o czym mowa. Kto nie — spieszę z krótką lekcją, bo to jedna z tych historii, które każdy CP-owiec powinien znać.

Volcanic, bo tak nazywał się ten pistolet, to nie byle jaka replika z katalogu. W 1836 roku Horace Smith i Daniel Wesson złożyli patent na rewolwer, który łączył kurek kapiszonowy z zamykaniem i przeładowywaniem za pomocą dźwigni — dokładnie tak, jak w dzisiejszych winchesterczach i mare’sch. Osiem komor, nabój łuskowy zintegrowany z pociskiem, a strzał i przeładowanie jednym ruchem dźwigni. Dla lat 30. XIX wieku to była wręcz rewolucja — dosłownie, bo Volcanic uważa się dziś za pierwszą broń palną z kurkiem dźwigniowym w historii.

Ciekawostka dla purystów: Volcanic strzelał nie kapiszonem klasycznym, ale nabojem, który dzisieźni kolekcjonerzy nazywają „cartridge in a capsule” — procho i pocisk w jednym papierowym obwolu, który lądował w komorze. To był protoplasta współczesnego naboju.

Czy warto czekać na reedycję Uberti?

Jeśli macie w kolekcji winchestera 1866 albo mare’a 1861, to wiecie, jaką satysfakcję daje obsługa dźwignią. Volcanic daje to samo, tylko z kapiszonem i z duszą połowy XIX wieku. Dla kolekcjonera to strzał w dziesiątkę — to jedyna reedycja, która łączy mechanizm dźwigniowy z kapiszonem. Dla strzelca z poligonu to ciekawostka: przeładowanie dźwignią jest szybsze niż ładowanie rewolweru kapiszonowego klasycznego, ale lufy krótkie i kalibry małe, więc na dalsze dystanse nie liczcie.

Uberti nie zdradziło jeszcze ceny ani daty premiery — według nieoficjalnych informacji pistolet ma trafić do sklepów w ciągu najbliższych miesięcy. Biorąc pod uwagę, że to edycja limitowana, nie zdziwilibyśmy się, gdyby ceny poszły w górę, zanim broń w ogóle będzie dostępna.

A Wy? Chcielibyście mieć w szafie Volcanica? A może uważacie, że to kolejna cegiełka dla kolekcjonera, która nigdy nie trafi na poligon? Piszcie w komentarzach — chętnie posłucham, co planujecie z tym pistoletem.

Dlaczego Volcanic był tak ważny?

Bo to on wyprzedził swoje czasy o dwadzieścia lat. Pierwsza seria Volcaników wyszła z fabryki w Hartford w 1855 roku, a Smith i Wesson dostali kontrakt na produkcję tysiąca sztuk jeszcze przed wojną secesyjną. Ale broń okazała się zbyt droga, zbyt delikatna i — co najważniejsze — przedwcześnie. Zanim armia nauczyła się, że rewolwer z dźwignią może być tańszy i trwalszy, na scenę weszły Henry i Winchester z tańszymi, bardziej praktycznymi rozwiązaniami.

Volcanic zniknął z rynku, ale jego geny przeszły do winchestera 1866, do mare’a 1861 i do całej rodziny broni z dźwignią, którą strzelamy do dziś. Dlatego reedycja Uberti to nie tylko relikwium dla kolekcjonera — to most między erą kapiszonową a erą dźwigniową.

Co dokładnie pokazał Uberti?

Na targach EOS 2026 Uberti pokazało reedycję w dwóch wariantach: z lufą 4-calową i z lufą 6-calową. Broń jest w kalibrze .31 Volcanic — oryginalnym, historycznym kalibrem, który dziś produkuje tylko garstka firm. Lufa ma charakterystyczny ośmiokątny profil, a dźwignia wykonana jest z mosiądzu, co nawiązuje do oryginalnych egzemplarzy.

Według nieoficjalnych informacji, Uberti planuje limitowaną serię — prawdopodobnie około 500 sztuk na pierwszy rok. Jeśli tak będzie, to kolejne egzemplarze będą pojawiać się w sklepach przez najbliższe miesiące, a kolekcjonerzy powinni zacząć się rozglądać już teraz.

Dla kogo jest Volcanic?

Volcanic to broń dla trzech grup ludzi. Pierwsza to kolekcjonerzy, którzy chcą mieć w szafie egzemplarz, który łączy dwie epoki. Druga to rekonstruktorzy, bo Volcanic był używany w wojnie secesyjnej — na początku, zanim armia przeszła na nowsze modele. Trzecia to strzelcy, którzy chcą spróbować, jak działa broń z dźwignią, ale nie chcą wydać fortuny na oryginał.

Co do ładowania? Volcanic ładowany jest od lufy, tak jak klasyczne kapiszonówki. Ale to nie koniec — po załadowaniu wszystkich ośmiu komór dźwignią zamykamy i przeładujemy. W praktyce to oznacza, że Volcanic strzela szybciej niż jakikolwiek rewolwer kapiszonowy swojego czasu.

Podsumowanie

Volcanic to nie tylko pistoler — to moment, w którym broń palna przestała być tylko kapiszonówką i zaczęła iść w stronę mechanizmów, które znamy z dzisiejszych winchesterczów i mare’sch. Reedycja Uberti to szansa, żeby dotknąć tego momentu historii. Jeśli chcecie, dajcie znać w komentarzach, czy planujecie go kupić, czy będziecie go strzelać na poligonie.

Czym strzelali powstańcy? Karabiny z nocy listopadowej

Epoka skałki dobiegła końca

Wyobraź sobie noc z 29 na 30 listopada 1830 roku. Podchorążowie Szkoły Wojennej w Warszawie wychodzą na barykady z karabinami, które nie różnią się zbytnio od tych, jakie ich pradziadkowie nosili w powstaniu kościuszkowskim. Skałka, lont, proch w lufie — mechanika broni palnej od ponad stu lat nie zmieniła się zasadniczo. I właśnie wtedy, w pierwszych dniach powstania listopadowego, Europa pożegnała się z jednym z najdłużej trwających systemów broni odprzodowej w historii.

Wojsko Królestwa Polskiego, a wraz z nim powstanie, było uzbrojone w karabiny skałkowe — ale takie, jakie na ówczesne standardy należały do ścisłej czołówki. I tu zaczyna się ciekawa historia, bo to, co leżało w rękach polskich powstańców, miało bardzo konkretną, międzynarodową genealogię.

Francuska szkoła — An IX i Mle 1777

W początkach dziewiętnastego wieku technologia karabinu skałkowego osiągnęła szczyt swojej doskonałości we Francji. Słynny karabin An IX — wzór roku dziewiątego według kalendarza rewolucyjnego — był rozwinięciem starszego Mle 1777. Zawierał w sobie wszystkie udoskonalenia, które Francuzi wprowadzali systematycznie od modelu z 1717 roku, uważanego za pierwszy ujednolicony, regulaminowy wzór broni palnej w uzbrojeniu wojsk. Oszalałe sukcesy francuskiego oręża w wojnach rewolucyjnych i napoleońskich sprawiły, że Austria (karabiny M.1798 i M.1807), Prusy (M/1809, tzw. nowopruski) i Rosja (obr. 1808) zaczęły skwapliwie kopiować francuskie rozwiązania.

Rosyjski karabinek obr. 1808 — gość w polskich szeregach

To właśnie rosyjski wzór obr. 1808 (piechotnoje rużjo obrazca 1808 goda) trafił do uzbrojenia armii Królestwa Polskiego i znalazł szerokie zastosowanie w wojnie 1831 roku. Przyjęcie nowego systemu w państwie carów podyktowane było potrzebą udoskonalenia wcześniejszego modelu (obr. 1805) oraz — co ważniejsze — zamiarem ujednolicenia używanego uzbrojenia. I tu pojawia się problem, który dzisiejszemu strzelcowi czarnoprochowemu może wydawać się nie do uwierzenia.

Rosyjski przemysł zbrojeniowy, choć oparty na trzech prężnych manufakturach w Tule, Iżewsku i Siestroriecku, nie nadążał z produkcją dla olbrzymiej armii. W samej Tule w latach 1812–1814 wyprodukowano 260 tysięcy karabinów — to imponująca liczba, ale i tak za mało. W jednostkach przychodziły skargi na wadliwe egzemplarze, a fabryki broniły się, twierdząc, że uszkodzenia powstały w magazynach lub w transporcie. W 1804 roku kierownik siestrorieckiej wytwórni, gen. mjr Iwan Dybicz — ten sam, który w 1831 roku jako feldmarszałek dowodził wkraczającą do Królestwa Polskiego armią rosyjską — skarżył się na zły materiał, w tym na słabe „żelazo syberyjskie”.

Mozaika kalibrów, czyli bałagan zaopatrzeniowy

Wynik? Do końca pierwszego dziesięciolecia XIX wieku szeregowi żołnierze rosyjskiej piechoty liniowej dysponowali karabinami aż 24 różnych kalibrów — od 12,7 do 22 mm. W pułkach jegrów (piechoty lekkiej) było ich osiem (13,9–21,5 mm), w dragońskich 17 (13,1–20,3 mm), a w karabinkach huzarskich jeszcze inny rozkład. Karabiny teoretycznie tego samego wzoru, ale z różnych rosyjskich fabryk — a czasem nawet z tej samej — potrafiły się różnić kalibrem. Żywotność broni strzeleckiej oceniano wówczas w Rosji na 40 lat, więc w magazynach można było trafić na egzemplarze jeszcze z czasów Piotra I, o iluzorycznej już wartości bojowej.

Dla polskiego strzelca to dziś oczywista sprawa: amunicja musi być dobrane, lufa musi być czysta, kapiszon musi trzymać. A tu — dwadzieścia cztery kalibry w jednym pułku. Trudno się dziwić, że zaopatrzenie w kule i proch, a tym samym i skuteczność ognia, pozostawiały sporo do życzenia.

Broni zdobycznej i polskiej manufaktury

Polscy powstańcy, poza bronią reglamentowaną, korzystali z zasobów magazynowych i — co bardzo ważne — z broni zdobycznej. Każda bitwa, każdy bój towarzyszący kampanii 1831 roku oznaczał szansę na uzupełnienie amunicji i uzbrojenia. Niektóre oddziały walczyły w zasadzie z tym, co akurat miały pod ręką. To zresztą jedna z tych detali, które oddają realia wojny z epoki: nie było „logistyki” w dzisiejszym sensie, były ludzie, konie, proch i to, co się udało zdobyć albo wyprodukować.

Warto wspomnieć, że w tym samym okresie Rosjanie zaczęli eksperymentować z zamkami kapiszonowymi — pierwszą generacją broni „bez lontu”. To właśnie ten przełom, stopniowo wdrażany w latach trzydziestych, zamykał epokę skałki i otwierał drogę ku broni, którą my, strzelcy czarnoprochowi, znamy z dzisiejszych strzelnic i zawodów: zamek kapiszonowy, kula odlewana w formie i proch w lufie, ale już bez palącego się lontu.

Co z tego wynika dla nas, strzelców CP

Gdy następnym razem staniesz przy strzelnicy z karabinkiem czarnoprochowym — czy to będzie Uberti, Pedersoli, Euroarms, albo polski rusznikarz — pomyśl, że ten mechanizm, który teraz z łatwością odpalasz kapiszonem, to efekt ponad stulecia eksperymentów, bałaganu kalibrów i wojen, w których żołnierze strzelali z broni, która często nie pasowała do amunicji, a amunicja do lufy. Epoka skałki, którą dziś odtwarzamy na zawodach i obozach rekonstrukcyjnych, była epoką przejściową — między „zapałką” a kapiszonem, między chaosem a standaryzacją.

I właśnie dlatego strzelanie czarnoprochowe jest takie satysfakcjonujące: nie tylko uczymy się precyzji, czyszczenia i odlewu kul, ale też doceniamy, jak daleko poszła technika — od dwudziestu czterech kalibrów w jednym pułku po współczesne, powtarzalne, dobrze udokumentowane standardy.

Na koniec — zaproszenie

Jeśli jeszcze nie próbowałeś strzelać czarnoprochowym karabinem, to polecam: najbliższe szkolenie, turniej albo obóz rekonstrukcyjny to świetna okazja, żeby samemu dotknąć tego, czym strzelali powstańcy sto dziewięćdziesiąt lat temu. A jeśli masz własne doświadczenia z bronią CP — zwłaszcza z epoki — podziel się nimi w komentarzach. Chętnie poczytam, jak to wygląda z drugiej strony barykady.

Spiller & Burr

Firma Spiller & Burr była na trzecim miejscu pod względem ilości produkowanej broni dla Konfederacji.

Edward N. Spiller prowadził niewielką firmę w Baltimore, Maryland.

Ze względu na swoje południowe sympatie przeprowadził się do Richmond w Wirginii gdy wybuchła wojna. David J. Burr urodzony i zamieszkały w Richmond, od wielu lat prowadził warsztat produkujący silniki parowe. Razem z Jamesem H. Burtonem, podpułkownikiem Armii Konfederatów, dowódcą zbrojowni CSA, założyli spółkę. Read more „Spiller & Burr”

THE LEECH RIGDON i RIGDON ANSLEY

THE LEECH & RIGDON i RIGDON ANSLEY CONFEDERATE REVOLVERS

Przed wojną secesyjną Thomas Leech trudnił się handlem bawełną a Charles H. Rigdon był producentem wag. Nie mieli nic wspólnego z przemysłem zbrojeniowym, pomimo tego ich spółka stworzyła jedne z najdoskonalszych rewolwerów dla Konfederacji i jedne z najlepszych tego okresu, porównywalne z Coltem Navy 1851, którego z resztą skopiowano.

Leech prowadził wiele projektów równocześnie, zachowało się parę sztuk pistoletów Derringer z sygnaturą ” made for Thomas Leech & Co, Memphis, Tenn”. Założył Memphis Novelty Works produkującą ostrza dla wojska. Również do dnia dzisiejszego przetrwały szable konfederackie z oznaczeniami ”Memphis Novelty Works” i/lub ”Leech and Rigdon”.

Read more „THE LEECH RIGDON i RIGDON ANSLEY”

Griswold i Gunnison

fot. Pietta

Griswold i Gunnison, znany po prostu jako Griswold, stał się jednym z najbardziej znanych rewolwerów wykonanych dla wojsk Konfederacji. Dziś też jest jednym z najrzadszych. Znawca amerykańskiej broni historycznej, E. Norman Flayderman podkreśla, że niewielu producentów broni na południu dorównało Griswold’owi jakością i żaden też nie przewyższył ilością, chociaż Griswold i Gunnison wyprodukowali zaledwie 3700 sztuk (1862 – 1864).
Read more „Griswold i Gunnison”