Czym strzelali powstańcy? Karabiny z nocy listopadowej

Epoka skałki dobiegła końca

Wyobraź sobie noc z 29 na 30 listopada 1830 roku. Podchorążowie Szkoły Wojennej w Warszawie wychodzą na barykady z karabinami, które nie różnią się zbytnio od tych, jakie ich pradziadkowie nosili w powstaniu kościuszkowskim. Skałka, lont, proch w lufie — mechanika broni palnej od ponad stu lat nie zmieniła się zasadniczo. I właśnie wtedy, w pierwszych dniach powstania listopadowego, Europa pożegnała się z jednym z najdłużej trwających systemów broni odprzodowej w historii.

Wojsko Królestwa Polskiego, a wraz z nim powstanie, było uzbrojone w karabiny skałkowe — ale takie, jakie na ówczesne standardy należały do ścisłej czołówki. I tu zaczyna się ciekawa historia, bo to, co leżało w rękach polskich powstańców, miało bardzo konkretną, międzynarodową genealogię.

Francuska szkoła — An IX i Mle 1777

W początkach dziewiętnastego wieku technologia karabinu skałkowego osiągnęła szczyt swojej doskonałości we Francji. Słynny karabin An IX — wzór roku dziewiątego według kalendarza rewolucyjnego — był rozwinięciem starszego Mle 1777. Zawierał w sobie wszystkie udoskonalenia, które Francuzi wprowadzali systematycznie od modelu z 1717 roku, uważanego za pierwszy ujednolicony, regulaminowy wzór broni palnej w uzbrojeniu wojsk. Oszalałe sukcesy francuskiego oręża w wojnach rewolucyjnych i napoleońskich sprawiły, że Austria (karabiny M.1798 i M.1807), Prusy (M/1809, tzw. nowopruski) i Rosja (obr. 1808) zaczęły skwapliwie kopiować francuskie rozwiązania.

Rosyjski karabinek obr. 1808 — gość w polskich szeregach

To właśnie rosyjski wzór obr. 1808 (piechotnoje rużjo obrazca 1808 goda) trafił do uzbrojenia armii Królestwa Polskiego i znalazł szerokie zastosowanie w wojnie 1831 roku. Przyjęcie nowego systemu w państwie carów podyktowane było potrzebą udoskonalenia wcześniejszego modelu (obr. 1805) oraz — co ważniejsze — zamiarem ujednolicenia używanego uzbrojenia. I tu pojawia się problem, który dzisiejszemu strzelcowi czarnoprochowemu może wydawać się nie do uwierzenia.

Rosyjski przemysł zbrojeniowy, choć oparty na trzech prężnych manufakturach w Tule, Iżewsku i Siestroriecku, nie nadążał z produkcją dla olbrzymiej armii. W samej Tule w latach 1812–1814 wyprodukowano 260 tysięcy karabinów — to imponująca liczba, ale i tak za mało. W jednostkach przychodziły skargi na wadliwe egzemplarze, a fabryki broniły się, twierdząc, że uszkodzenia powstały w magazynach lub w transporcie. W 1804 roku kierownik siestrorieckiej wytwórni, gen. mjr Iwan Dybicz — ten sam, który w 1831 roku jako feldmarszałek dowodził wkraczającą do Królestwa Polskiego armią rosyjską — skarżył się na zły materiał, w tym na słabe „żelazo syberyjskie”.

Mozaika kalibrów, czyli bałagan zaopatrzeniowy

Wynik? Do końca pierwszego dziesięciolecia XIX wieku szeregowi żołnierze rosyjskiej piechoty liniowej dysponowali karabinami aż 24 różnych kalibrów — od 12,7 do 22 mm. W pułkach jegrów (piechoty lekkiej) było ich osiem (13,9–21,5 mm), w dragońskich 17 (13,1–20,3 mm), a w karabinkach huzarskich jeszcze inny rozkład. Karabiny teoretycznie tego samego wzoru, ale z różnych rosyjskich fabryk — a czasem nawet z tej samej — potrafiły się różnić kalibrem. Żywotność broni strzeleckiej oceniano wówczas w Rosji na 40 lat, więc w magazynach można było trafić na egzemplarze jeszcze z czasów Piotra I, o iluzorycznej już wartości bojowej.

Dla polskiego strzelca to dziś oczywista sprawa: amunicja musi być dobrane, lufa musi być czysta, kapiszon musi trzymać. A tu — dwadzieścia cztery kalibry w jednym pułku. Trudno się dziwić, że zaopatrzenie w kule i proch, a tym samym i skuteczność ognia, pozostawiały sporo do życzenia.

Broni zdobycznej i polskiej manufaktury

Polscy powstańcy, poza bronią reglamentowaną, korzystali z zasobów magazynowych i — co bardzo ważne — z broni zdobycznej. Każda bitwa, każdy bój towarzyszący kampanii 1831 roku oznaczał szansę na uzupełnienie amunicji i uzbrojenia. Niektóre oddziały walczyły w zasadzie z tym, co akurat miały pod ręką. To zresztą jedna z tych detali, które oddają realia wojny z epoki: nie było „logistyki” w dzisiejszym sensie, były ludzie, konie, proch i to, co się udało zdobyć albo wyprodukować.

Warto wspomnieć, że w tym samym okresie Rosjanie zaczęli eksperymentować z zamkami kapiszonowymi — pierwszą generacją broni „bez lontu”. To właśnie ten przełom, stopniowo wdrażany w latach trzydziestych, zamykał epokę skałki i otwierał drogę ku broni, którą my, strzelcy czarnoprochowi, znamy z dzisiejszych strzelnic i zawodów: zamek kapiszonowy, kula odlewana w formie i proch w lufie, ale już bez palącego się lontu.

Co z tego wynika dla nas, strzelców CP

Gdy następnym razem staniesz przy strzelnicy z karabinkiem czarnoprochowym — czy to będzie Uberti, Pedersoli, Euroarms, albo polski rusznikarz — pomyśl, że ten mechanizm, który teraz z łatwością odpalasz kapiszonem, to efekt ponad stulecia eksperymentów, bałaganu kalibrów i wojen, w których żołnierze strzelali z broni, która często nie pasowała do amunicji, a amunicja do lufy. Epoka skałki, którą dziś odtwarzamy na zawodach i obozach rekonstrukcyjnych, była epoką przejściową — między „zapałką” a kapiszonem, między chaosem a standaryzacją.

I właśnie dlatego strzelanie czarnoprochowe jest takie satysfakcjonujące: nie tylko uczymy się precyzji, czyszczenia i odlewu kul, ale też doceniamy, jak daleko poszła technika — od dwudziestu czterech kalibrów w jednym pułku po współczesne, powtarzalne, dobrze udokumentowane standardy.

Na koniec — zaproszenie

Jeśli jeszcze nie próbowałeś strzelać czarnoprochowym karabinem, to polecam: najbliższe szkolenie, turniej albo obóz rekonstrukcyjny to świetna okazja, żeby samemu dotknąć tego, czym strzelali powstańcy sto dziewięćdziesiąt lat temu. A jeśli masz własne doświadczenia z bronią CP — zwłaszcza z epoki — podziel się nimi w komentarzach. Chętnie poczytam, jak to wygląda z drugiej strony barykady.